Flirtował z kinem niezależnym, gra w blockbusterach. Wraz z reżyserskim debiutem „Don Jon” Joseph Gordon-Levitt wkracza w nowy etap kariery.
Opowieść o współczesnym Don Juanie – prostym chłopaku, którego ulubionym zajęciem jest zaliczanie kolejnych lasek, choć najgłębszej satysfakcji dostarcza mu jedynie oglądanie internetowej pornografii, od której jest uzależniony – to inteligentna gra z konwencją komedii romantycznej. aktor zresztą sprawdził się już w takim repertuarze, grając w „500 dniach miłości” i „pół na pół”. Jest to także zaskakująco zręczna satyra na czasy, w których wirtualna rzeczywistość wygrywa z realem.
Gordon-Levitt nie tylko napisał scenariusz i wyreżyserował „Don Jona”, lecz także wcielił się w główną rolę: tępawego mięśniaka, który dzieli czas między klub a siłownię, gdzie zapamiętale pakuje, jednocześnie odmawiając modlitwy zadanej przez księdza pokuty... Nie jest to typ roli, do której przyzwyczaił nas ten aktor. poczynając od serialu „trzecia planeta od słońca”, w którym jako nastolatek grał wybitnie inteligentnego kosmitę uwięzionego w ciele ziemskiego chłopca, po postać robina, w którą wcielił się w ostatnim z serii Nolanowskich Batmanów, w pamięci widzów zapisywał się raczej kocim wdziękiem, charyzmą, inteligencją bądź humorem niż imponującą muskulaturą. Nawet grając w filmach akcji, jak „Looper” czy „Incepcja”, nie budował postaci na warunkach fizycznych. przeciwnie – jego chłopięca uroda stanowiła właśnie interesujący kontrapunkt wobec gatunkowych przyzwyczajeń widza.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.