Autopromocja

"Raj: wiara" - recenzja

"Raj: Wiara"
"Raj: Wiara"Media
6 kwietnia 2013

Po „Wierze” Ulricha Seidla oczekiwałem antyklerykalnego pamfletu. No i mamy pamflet, czy raczej pamflecik.

"Wiara" jest drugą częścią trylogii Seidla poświęconej chrześcijańskim cnotom. W ubiegłym roku na naszych ekranach gościła wybitna „Miłość”, wkrótce zobaczymy także „Nadzieję”. Wszystkie filmy łączy wspólny tytuł: „Raj”. W interpretacji genderowej trylogia Seidla mówi o kondycji kobiet w XXI wieku. Fantomem spełnienia staje się seks, kulturowa opresja, żeby wyglądać coraz lepiej, w końcu zaś wiara. Nad projektem Ulrich Seidl pracował od czterech lat, ale myślał o nim o wiele dłużej. Maria Hofstätter, brawurowa odtwórczyni roli Anny-Marii w „Wierze”, przyznała, że przygotowywała się do występu siedem lat. Nie jestem pewien, czy wysiłek się opłacił. Po obejrzeniu filmu najprościej byłoby napisać, że Seidl jest kontynuatorem linii Hanekego, a w okrucieństwie zderzonym z ponurą wiwisekcją idzie w ślady nie tylko największego austriackiego filmowca, lecz także literackich guru z Austrii: Thomasa Bernharda oraz Elfriede Jelinek, która zresztą poświęciła jego filmom kilka znakomitych esejów. To jednak droga na skróty, stwierdzenie interpretacyjnej oczywistości.

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.