Reżyser Jerzy Domaradzki zapowiadał, że nie chciał zrobić filmu, jakie można na co dzień oglądać w kinach. Chciał pokazać nieco baśniową historię miłosną dla widzów w wieku 50+. W polskim kinie głównego nurtu rzeczywiście to odbiorca skazany na zapomnienie. Domaradzki zaryzykował, ale wygrał. „Piąta pora roku” jest krzepiącą bajką, błahostką, pozbawioną wagi wcześniejszych dzieł reżysera, ale jakże przyjemną. I to tylko dla widzów w wieku bohaterów filmu.
Barbara właśnie pochowała swojego ukochanego. Żyli razem wiele lat, dla niego zerwała kontakt z rodziną. Witold do górniczej emerytury dorabia, jeżdżąc na taksówce i grając w miejscowej orkiestrze. Los połączy ich niezupełnie przypadkowo: Barbara musi wyjechać ze Śląska, Witek – któremu kobieta wpadła w oko – zaproponuje wspólną podróż nad morze. Ciąg dalszy łatwy do przewidzenia: ona odkryje w nim kogoś więcej niż gburowatego podrywacza, on dostrzeże w niej więcej niż atrakcyjny obiekt amorów.
Ta prosta historyjka swoją siłę zawdzięcza przede wszystkim aktorskiemu duetowi – wspaniała Ewa Wiśniewska udowadnia, że jest jedną z największych dam polskiego kina, zaś Marian Dziędziel – od kilku lat niczym jego bohater przeżywający drugą młodość – znów zachwyca, w gruboskórnym bohaterze odkrywając niespodziewane pokłady czułości i wrażliwości.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.