Wychowywanie dzieci wedle recept bogaczy rzadko czyni codzienność maluchów łatwiejszą.
To pierwsza lokalizacja sieci darmowych przedszkoli obsługujących dzieci w zaniedbanych społecznościach” – pochwalił się na Instagramie Jeff Bezos. Tak zapowiedział zaplanowane na 19 października uroczyste otwarcie placówki edukacyjno-opiekuńczej w Des Moines w stanie Waszyngton. Natychmiast podchwyciły to media, bo przecież o dobro ubogich zadba najbogatszy człowiek świata (189 mld dol.).
Walka z wykluczeniem edukacyjnym najuboższych i oferowanie im szansy na sukces, gdy dorosną, to zbożny cel. Acz złośliwcy wytykają twórcy Amazonu, że więcej dobrego zrobiłby, rezygnując z optymalizacji podatkowej, w której jest mistrzem. Chcąc być bardziej złośliwym, należałoby dodać, że wychowywanie dzieci wedle recept bogaczy rzadko czyni codzienność maluchów łatwiejszą. Choć jeśli są wystarczająco odporne psychicznie, wówczas mogą zajść bardzo daleko.

Syn dusiciela

Reklama
„Duch protestantyzmu jest religijną afirmacją pracy codziennej; zgodnie z tym duchem obdarza się ją szacunkiem, uznaje za sprawę honoru” – pisał w monografii pod znamiennym tytułem „Etyka protestancka a duch kapitalizmu” ojciec socjologii Max Weber. Dla ludzi, którzy w czasach rewolucji przemysłowej dorabiali się fortun, największymi wartościami były pracowitość, pilność i sumienność. Do tego dochodziła wstrzemięźliwość w epatowaniu bogactwem. Ów wywiedziony z protestantyzmu kult ciężkiej pracy, który rozkwitł w XIX w., najbogatsi usiłowali za wszelką cenę zaszczepić swoim dzieciom. Nawet jeśli sami zdobyli majątek dzięki sprytowi i bezwzględności.
Tak swoje imperium zbudował John D. Rockefeller. Jego wartość autor wydanej w 2008 r. książki „Outliers. The Story of Success” Malcolm Gladwell oszacował na 318,3 mld współczesnych dolarów. Człowiek dwukrotnie bogatszy od Bezosa dorobił się przydomku „Dusiciela z Cleveland”. Trudno o bardziej wymowny sposób zobrazowania, jak Rockefeller rozprawiał się z konkurencyjnymi firmami naftowymi – jego koncern Standard Oil stał się w końcu jedną z pierwszych, światowych korporacji. Był też najprawdopodobniej najukochańszym dzieckiem multimilionera, który unikał życia towarzyskiego i nieliczne wolne chwile spędzał najchętniej w domu.

Reklama
Tam zaś chciał mieć święty spokój, dlatego wymagał od swojej żony Laury, żeby ich dzieci nie zapraszały znajomych. Zresztą prawie nie miały czasu na kontakty towarzyskie, bo ojciec od najmłodszych lat starał się nauczyć dziedzica fortuny Johna D. Rockefellera juniora, podobnie jak trzy córki: Elizabeth, Altę i Edith – jak pomnażać pieniądze. Dlatego każde z rodzeństwa musiało prowadzić księgę swoich wydatków, by zwalczać pokusę rozrzutności. Jednocześnie ojciec dawał im możliwość codziennego zarabiania na swoje potrzeby. Według domowego cennika za zabitą muchę Rockefeller płacił dzieciom dwa centy, zatemperowany ołówek przynosił dochód w wysokości 10 centów, a godzina gry na dowolnym instrumencie muzycznym 5 centów. Gdy czwórce pociech zamarzyły się rowery, ojciec kupił jeden. Musiały jeździć na zmianę, co miało je nauczyć dzielenia się rzeczami i przede wszystkim działania zespołowego. Ciężka praca od wypłaty do wypłaty – tak wyglądał każdy dzień małych Rockefellerów.
Junior pierwsze załamanie nerwowe z powodu przepracowania przeżył w 1887 r. Miał wówczas 13 lat. Matka wyjechała z nim na wieś, by tam doszedł do siebie. Gdy tylko ukończył 18 lat, musiał podjąć pracę w centrali firmy ojca, jako zwykły pomocnik biurowy. Ten trzy lata później docenił wysiłki spadkobiercy i z okazji 21. urodzin przekazał mu czek na sumę 21 dol. Dołączył do niego liścik: „Nie jestem w stanie wyrazić, jak wielką jesteś dla nas wszystkich radością. Liczymy na ciebie w przyszłości”.
Względem córek senior rodu nie miał większych oczekiwań. Gdy dorosły, wydał je dobrze za mąż. Natomiast Johnowi D. Rockefellerowi juniorowi na początku XX w. przekazał w zarząd posiadane firmy. Zaś większość osobistego majątku wniósł do założonej przez siebie fundacji dobroczynnej. Pomimo to junior nie miał prawa narzekać na zaoferowane przez ojca możliwości startu w dorosłe życie. Nigdy nie zdobył jednak pozycji ikony amerykańskiej gospodarki, którą zajmował jego ojciec. Majątkiem zarządzał poprawnie, a od jego pomnażania wolał poświecać czas na działalność społeczną i dobroczynną. Podczas krachu na Wall Street w 1929 r. stracił ponad połowę fortuny i jego największym osiągnięciem okazało się wybudowanie w Nowym Jorku, złożonego z 14 budynków wielkiego Rockefeller Center. Do końca życia pozostał w cieniu sławnego „Dusiciela z Cleveland”.

Spadkobierca ojca motoryzacji

Uwiąd fortuny Rockefellerów otworzył drogę do tytułu najbogatszego człowieka świata Henry’emu Fordowi. On też ponad wszystko inne przedkładał pracę i sukcesy. Kiedy w listopadzie 1893 r. urodził się jego jedyny syn Edsel Bryant, ojca pochłaniała budowa silnika spalinowego. Składał go w kuchni domu w Detroit. Wkrótce zaczął obwozić po mieście żonę i syna swoim pierwszym samochodem.
Dzieciństwo Edsela upłynęło pod znakiem motoryzacji. Ojca nie interesowało nic innego poza doskonaleniem automobili oraz usprawnianiem procesu ich wytwarzania. Chłopca również fascynowały samochody, lecz artystyczna dusza, jaką się odznaczał, sprawiała, iż od szczegółów technicznych wolał zajmować się projektowaniem ich wyglądu. Tymczasem dla ojca pozostawało oczywiste, że jedyny potomek podąży tą samą drogą, co on. „Henry Ford, którego formalna edukacja ograniczała się do jednoizbowej wiejskiej szkoły, był przekonany, że jego syn się nauczy wszystko, czego będzie potrzebował, pracując dla firmy Ford” – podkreśla George S. May w książce „The Automobile Industry 1920–1980”.
Dlatego Edsel zakończył edukację na szkole średniej, bo ojciec zabronił mu podjęcia studiów. Zamiast w college’u musiał stawić się w głównym biurze firmy, która w 1912 r. rozrosła się do rozmiarów największego koncernu samochodowego świata. Wówczas największą troską Henry’ego Forda stało się zabezpieczenie przyszłości ukochanej korporacji. Dlatego postanowił, iż syn musi jak najszybciej dojrzeć do zarządzania nią. Zadbał więc, by Edsel założył rodzinę, poślubiając w wieku 23 lat Eleanor Lowthian Clay, siostrzenicę właściciela firmy Hudson Motor Car. Dwa lata później w 1918 r. Henry Ford przekazał spadkobiercy fotel prezesa Ford Motor Company.
Dla Edsela wbrew pozorom nie był to najszczęśliwszy dzień w życiu, bo ojciec zachował kontrolny pakiet akcji. Ten fakt za każdym razem wykorzystywał, jeśli syn podejmował decyzję, która nie była po jego myśli. Nowy prezes chciał, żeby firma zaczęła produkować piękne i luksusowe auta, osobiście projektując ich nadwozia. Senior twierdził, iż to bzdurne pomysły, ponieważ wielki dochód gwarantują jedynie tanie modele kupowane przez zwykłych Amerykanów. Ilekroć syn się buntował i próbował zrobić coś po swojemu, stary Ford sięgał po kontrolny pakiet akcji.
Na tym udręki Edsela się nie skończyły. Starzejący się Ford wydał medialną wojnę Żydom, których nienawidził – i zaczął wspierać finansowo nazistów w Niemczach. Wreszcie zamarzyło mu się własne państwo. Kupił więc w 1927 r. połać amazońskiej dżungli o powierzchni 14,5 tys. km kw. w brazylijskim stanie Para i zaczął tam budować miasto. Oficjalnie Fordlandia powstała po to, żeby zagwarantować korporacji posiadanie własnych plantacji kauczukowców. Ale przy tej okazji Ford realizował marzenie o prywatnej Arkadii. „Wizja ta narodziła się z jego doświadczenia wyniesionego z wiejskiego klimatu i tradycji na farmie w Dearborn” – opisuje Greg Grandin w książce „Fordlandia. Henry Ford i jego miasto-państwo w amazońskiej dżungli”.
Przemysłowiec zamierzał wychować sprowadzonych tam pracowników oraz rdzennych mieszkańców na Amerykanów z jego wizji perfekcyjnego świata. „Menedżerowie w Fordlandii, aby propagować purytański styl życia, wprowadzili prohibicję – a przynajmniej usiłowali ją wprowadzić – mimo że prawo brazylijskie nie zakazywało sprzedaży alkoholu. W żłobkach usiłowano karmić dzieci mlekiem sojowym, ponieważ Ford nie cierpiał krów. W weekendy odbywały się potańcówki, czytano Williama Wordswortha i Henry’ego Longfellowa” – pisze Grandin. Społeczny eksperyment z czasem wymknął się spod kontroli, bo do Fordlandii ściągali, zwabieni wieściami o znakomicie płatnej pracy, osadnicy z całej Brazylii. Nie chcieli podporządkowywać się purytańskim zasadom narzucanym przez Forda. Ten zaś przez kilka lat usiłował ich dyscyplinować i poddawać ścisłej kontroli, angażując w prywatną wojnę cały koncern.
Bezradny syn z trudem znosił szaleństwa ojca. W końcu zdiagnozowano u niego chorobę wrzodową żołądka i dwunastnicy, wywołaną nadmiernym stresem. Zbyt długo nieleczona przekształciła się w nowotwór. Edsel Ford zmarł na raka w wieku 49 lat. Pomimo starości i licznych chorób Henry Ford uznał wówczas, że dla dobra koncernu pora wrócić na stanowisko prezesa.

Córka armatora

Po Fordzie tytuł najbogatszego człowieka świata przejął Aristoteles Onassis. Pod koniec lat 50. XX w. mógł się on pochwalić posiadaniem floty ponad 70 tankowców i frachtowców, liniami lotniczymi Olympic Airways oraz rozlicznymi nieruchomościami na całym globie. Obrotny Grek, w przeciwieństwie do Forda i Rockefellera, lubił korzystać ze zgromadzonej fortuny. Na luksusowym jachcie, któremu na cześć córki nadał imię „Christina”, podczas imprez bawili się m.in. John F. Kennedy, Marilyn Monroe, Liz Taylor, Frank Sinatra oraz rzesze mniej legendarnych polityków, biznesmenów czy gwiazd Hollywood.
Bajecznie bogaty Grek często trafiał na pierwsze strony gazet, a to z powodu zakupienia słynnego kasyna w Monte Carlo lub romansu z gwiazdą opery Marią Callas. W atmosferze wielkiego skandalu rozwodził się z pierwszą żoną Athiną Livanos. Acz największy skandal sprokurował, gdy poślubił wdowę po prezydencie USA – Jackie Kennedy. Amerykanie odebrali to jako siarczysty policzek wymierzony ich krajowi.
Przez lata robienia interesów przeplatanych szampańską zabawą Onassis nie miał głowy do zajmowania się dziećmi. A już zwłaszcza do tego, by wychowywać je na pracowitych purytanów. Wręcz przeciwnie, synowi Aleksandrowi i córce Christinie nie skąpił niczego. Rodzeństwo spędzało zazwyczaj beztrosko czas w nadmorskich pałacach lub na luksusowych jachtach. Obsługiwała je liczna grupa ludzi: guwernantki, nauczyciele, trenerzy, a nawet specjalni towarzysze zabaw. Pozostawiony sam sobie 6-letni Aleksander stłukł wszystkie okna na parterze zamku Chateau de la Croe we Francji. Ich wstawienie kosztowało ojca 10 tys. dol., lecz puścił to synowi płazem. Christina potrafiła nie odzywać się przez wiele tygodni. Diagnoza postawiona przez psychologów brzmiała: mutyzm, nagłe i uporczywe milczenie. „Gdyby chociaż powiedziała «cześć» zaoszczędziłaby nam 25 tys. dol.” – stwierdziła na wieść o tym matka.
Trudności wychowawcze nie skłoniły jednak żadnego z rodziców, żeby osobiście poświęcić potomstwu nieco więcej czasu. Dopiero gdy Aleksander dorósł, ojciec zaczął bardziej interesować się synem, chcąc przekazać mu w przyszłości władzę w korporacji. Nie zdążył. Posiadający licencję pilota młody Onassis uparł się, by instruować zawodowca, który 23 stycznia 1973 r. pilotował jego latającą amfibię. Dyskusja skończyła się tym, że maszyna zawadziła skrzydłem o ziemię i rozbiła się. Zrozpaczony Onassis do śmierci nie przebolał straty jedynego syna. Nie wierzył też, by córka udźwignęła zarządzanie jego biznesowym imperium. Spieniężył więc jego część i w testamencie przekazał pół miliarda dolarów na cele charytatywne.
Tymczasem po jego śmierci w 1975 r. Christina wygrała proces o przejęcie prawa do całości spadku. Wprawdzie nie miała talentów ojca, lecz udało się jej przeprowadzić rodzinny interes przez kryzys naftowy i recesję. Jednak największym zagrożeniem dla młodej dziedziczki okazała się ona sama, cały czas szukając miłości, której nie potrafili zapewnić jej rodzice. Kolejne małżeństwa kończyły się spektakularnymi katastrofami. Największą z nich okazało trzecie, z szefem Sowfrachtu (ekspozytury w Europie Zachodniej radzieckiego Ministerstwa Żeglugi) Siergiejem Kausowem. Zarówno brukowa prasa, jak i czytelnicy zachodzili w głowę, co miliarderka widzi w mierzącym 163 cm wzrostu Rosjaninie, który mógł się pochwalić uśmiechem rozjaśnionym przez dwa złote zęby i szklanym okiem. Dziennikarze plotkarskich gazet sugerowali, że jest on agentem KGB i zamierza podstępnie przejąć fortunę Onassisów. Tymczasem zakochana Christina w 1978 r. zamieszkała z Kausowem i jego matką w dwupokojowym mieszkaniu w Moskwie. Sowiecka codzienność zabiła piękne uczucie w zaledwie cztery miesiące.
Kolejne rozwody nie zniechęciły córki Aristotelesa do dalszego poszukiwania szczęścia. Nie dało jej go również czwarte małżeństwo zawarte w 1984 r. z francuskim biznesmenem Thierrym Rousselem. To wtedy na świat przyszła jej jedyna córka. Wkrótce potem Christina Onassis odkryła niewierność męża i znów się rozwiodła.
Niekończące się rozczarowania dorosłym życiem miały swój finał 19 listopada 1988 r. w Buenos Aires w tamtejszej rezydencji Onassisów. Ciało najbogatszej kobiety świata znalazła w wannie pokojówka. Podczas sekcji zwłok odkryto obecność we krwi amfetaminy, choć nie ustalono ostatecznie, jaka substancja spowodowała obrzęk płuc i zawał. Tragiczna śmierć 37-letniej bogaczki dowodziła, że rezygnacja ze stawiania dzieciom wymagań może dawać bardzo podobne rezultaty, jak nieustanne żądanie od nich doskonałości.

W rodzinie siła

Kiedy media ekscytowały się burzliwym romansem Onassisa z Marią Callas, właściciel 16 sklepików Samuel Moor Walton w lipcu 1962 r. otworzył w Arkansas pierwszy dyskont spożywczy. Miał on znokautować okoliczne sklepy niespotykanie niskimi cenami oferowanych towarów. Nawiązując do swojego nazwiska, nazwał go Wal-mart (dziś Walmart). Przez następnych pięć lat uruchomiał jeszcze 23 inne dyskonty, rozsiane po całym Arkansas. Chcąc maksymalnie obniżyć ceny, Walton ciął pensje pracownikom i normą stało się to, że zarobki w Wal-marcie były niższe o 15–30 proc. od średniej krajowej. Równocześnie nikt nie pracował więcej niż 28 godzin w tygodniu, dzięki czemu przedsiębiorca nie musiał wypłacać premii ani opłacać składek ubezpieczeniowych. Również dostawcy musieli oszczędzać na wszystkim, bo do tego zmuszał ich Walton.
Jak przystało na amerykańskiego purytanina, starał się też jak najszybciej przygotowywać do pracy w biznesie własne pociechy. Trzej synowie oraz córka pod okiem ojca codziennie myli podłogi, układali puszki i nosili pudła w sklepie w Bentonville, nieopodal rodzinnego domu. Takimi metodami senior starał się nauczyć spadkobierców szacunku do pracy i pieniędzy, a przy okazji ciął koszty.
Przeciwko wojskowemu drylowi zbuntował się średni z braci – John. Najpierw uciekł na studia, a następnie je rzucił i w 1968 r. wstąpił na ochotnika do armii USA. Z wojny wrócił na posadę w Walmarcie, którą zaoferował mu ojciec. Po czym zdobył licencję pilota i znów zajął się niebezpiecznymi przyjemnościami: wspinaczką górską, nurkowaniem, rajdami motocyklowymi. Zginął w czerwcu 2005 r., gdy pilotowany przez niego eksperymentalny samolot nagle spadł na ziemię. W prasowych nekrologach wyceniono posiadane przez niego udziały w Walmart Inc. na ponad 18 mld dol.
W tym czasie rodzinną firmą zarządzał najstarszy z braci Samuel „Rob” Walton. Funkcję przewodniczącego rady dyrektorów przejął w kwietniu 1992 r., dwa dni po śmierci ojca. Podobnie jak założyciel koncernu stronił od mediów i jedyne, czym je zainteresował (poza fortuną), to trzy rozwody. W kierowaniu firmą wspiera go najmłodszy z braci Jim Walton, zajmując się planowaniem strategicznym oraz finansami. Jedyna kobieta wśród rodzeństwa, Alice, długie lata usiłowała odnieść samodzielny sukces w biznesie. Jednak, gdy w 1998 r. jej bank inwestycyjny Llama Company splajtował, przeniosła się na ranczo w Teksasie i zajęła hodowlą koni. Dziś znana jest jako obrończyni praw zwierząt i pasjonatka sztuki, sowicie wspierająca muzea w Arkansas.
Gdy Samuel Moor Walton odchodził z tego świata, pozostawił swym dzieciom udziały warte ok. 120 mld dol. Fortuna ta nie uległa rozproszeniu. W 2020 r. majątek znajduje się w rękach trójki dzieci i czworga wnucząt założyciela firmy. Wycenia się go na łączną kwotę ok. 170 mld dol. i to sprawia, że Waltonowie uchodzą za najbogatszą rodzinę świata. I co najbardziej zaskakujące – nie dość, że zgodną, to jeszcze w miarę szczęśliwą.
Ojciec od najmłodszych lat starał się nauczyć dziedzica fortuny Johna D. Rockefellera juniora, podobnie jak trzy jego siostry – jak pomnażać pieniądze. Dlatego każde z rodzeństwa musiało prowadzić księgę swoich wydatków. Jednocześnie ojciec dawał im możliwość zarabiania na swoje potrzeby. Według domowego cennika za zabitą muchę Rockefeller płacił dzieciom dwa centy, zatemperowany ołówek przynosił dochód w wysokości 10 centów, a godzina gry na instrumencie muzycznym 5 centów