Już w 1922 r. nadano nam ustawowe prawo do urlopów. Ale była to taka nowość, że trzeba się było z nią oswoić - mówi Robert Gawkowski dr historii UW, który specjalizuje się w badaniu historii sportu i turystyki w ujęciu polityczno-socjologicznym.
Wakacje w pełni. A gdzie na urlopy wybierali się obywatele II RP?
Przez kilka lat po odzyskaniu niepodległości nigdzie, bo problemy z odbudową kraju były tak wielkie, że mało kto myślał o tym, by pojechać na wczasy. Trzeba było na nowo wyznaczać granice, odbudować przemysł, urzędy oraz szkoły, nie zajmowano się ośrodkami turystycznymi i kurortami. Naród był zresztą biedny, a infrastruktura marna. W niektóre rejony, jak chociażby na Kresy, strach było jechać. Szalały tam jeszcze bolszewickie bandy i daleko było do spokoju.
Kiedy nastąpił przełom?
Reklama
W połowie lat 20. Zaczęto wtedy odrestaurowywać oraz budować ośrodki wypoczynkowe, stanice, przystanie wodne. A gdy kraj nieco okrzepł, a ludność zaczęła się bogacić, pytanie „Gdzie wyjechać na wywczas i na wilegiaturę (czyli letni odpoczynek na wsi – red.)?” stawało się coraz bardziej powszechne.
Pracownicy mieli urlopy?

Reklama
Owszem. W 1922 r. nadano nam ustawowe prawo do urlopów. Polacy, którzy pracowali w fabrykach czy państwowych zakładach, mogli wypocząć i skorzystać z płatnego urlopu przez 14 dni. Ale nie wszyscy byli z tego prawa zadowoleni. Zwłaszcza właściciele prywatnych zakładów niechętnie wysyłali pracowników na urlopy. Sami robotnicy też mieli opory z wykorzystywaniem wolnych dni. Z roczników statystycznych wynika, że hutnicy brali tylko 7 albo 8 dni wolnego z przysługujących im 14. Dopiero w kolejnych latach zaczęto się z urlopem oswajać.
Kto czuwał nad rozwojem turystyki? Powołano specjalne ministerstwo?
Początkowo nie mieliśmy takiego resortu. Pierwszym krzewicielem turystyki i osobą, która zaczęła to w pewien sposób rozwijać, był Mieczysław Orłowicz. Do swojej dyspozycji miał budżecik, który starczał na sekretarkę, parę ołówków i zeszytów. Miał jednak w sobie tyle pasji, że w ciągu kilku lat zaczął organizować kongresy turystyczne, bardzo mocno przyczynił się do wytyczenia pierwszych szlaków turystycznych i wydawania map. Dopiero w 1932 r. przy Ministerstwie Komunikacji powstał departament zajmujący się turystyką. Na jego czele stanął Aleksander Bobkowski, zięć prezydenta Ignacego Mościckiego. Kraj był stabilniejszy, więc turystyka mogła się rozwijać. Ten departament miał też więcej pieniędzy.
okładka Magazyn 2 sierpnia 2019 / Dziennik Gazeta Prawna
Dlatego że kierował nim zięć Mościckiego?
Właśnie nie. To był właściwy człowiek na właściwym miejscu. Turysta i narciarz z krwi i kości. Bardzo się starał, aby powstawały nowe szlaki, piesze i rzeczne, stanice wodne czy schroniska. Co prawda większość była niezwykle skromna i pozbawiona toalet, ale cel został osiągnięty. W 1938 r. Rzeczpospolita mogła się pochwalić 220 schroniskami młodzieżowymi i prawie 6 tys. łóżek. Trzy lata wcześniej, w 1935 r., powstała Liga Popierania Turystyki, która organizowała i promowała tanią turystykę masową i finansowała wszelakie przedsięwzięcia turystyczne. Zajmowała się również m.in. turystyką pielgrzymkową, współpracując z kuriami. Ponadto to właśnie Liga była w 1935 r. inicjatorem kolejowych „pielgrzymek” na sypanie Kopca Piłsudskiego w Krakowie.
Jak starano się zachęcać do podróżowania?
Od 1927 r. Ministerstwo Oświecenia Publicznego razem z miesięcznikiem „Orli Lot” ogłaszało konkurs na najciekawszą pieszą wycieczkę. W 1934 r. miłośnicy turystyki rowerowej mogli wziąć udział w konkursie „Poznanie najpiękniejszych okolic Polski i podkreślenie wartości roweru jako sprzętu turystycznego”. To wtedy powstał państwowy Związek Propagandy Turystycznej, którego celem było wysłanie na urlop jak największej części społeczeństwa.
Na co jeszcze departament turystyki kładł nacisk?
Współpraca z kilkoma innymi ministerstwami sprawiła, że zaczęto bardzo dbać o polskie prawo, a dokładnie o wydawanie zgody na budowę. Jeśli schronisko nie było projektowane zgodnie z pewnymi aspektami architektonicznymi, które obowiązywały w danym rejonie, zgody nie wydawano. Dlatego nie można było postawić byle jakiej szopy w pięknych rejonach huculszczyzny, a w Zakopanem trzeba było budować w stylu zakopiańskim. Zaczęto również zwracać uwagę na minimum higieny nawet w schroniskach, co oznaczało, że musiały być w nich bieżąca woda i ubikacja.
Rozwój infrastruktury pociągnął za sobą rozwój biznesu turystycznego?
W 1920 r. powstało prywatne, ale bardzo kulawo działające Biuro Podróży Orbis. Stworzył je dosyć egzotyczny kwintet składający się z endeckiego posła, Żyda, hrabiego, bankiera i senatora. Interes nie dość, że rodził się w bólach, to jeszcze wywoływał skandal za skandalem. Klienci skarżyli się a to na bilety sprzedawane na pociąg, którego nie było, a to na wysokie ceny. W 1929 r. Orbis został upaństwowiony i otrzymał plakietkę Narodowego Biura Podróży. Dzięki temu była dużo większa gwarancja stabilności tej firmy i pewność, że pociąg przyjedzie i dowiezie w docelowe miejsce, a samolot odleci.
Gdzie w tamtych czasach latano?
Głównie do Berlina, potem uruchomiono rejsy do Bukaresztu, a pod sam koniec lat 30. linię Warszawa–Tel Awiw przez Ateny. Korzystali z tego połączenia przede wszystkim polscy Żydzi. Główne kasy z biletami na samoloty mieściły się w Hotelu Polonia. Stamtąd, z samego serca Warszawy, można się było dostać na lotnisko. Pierwotnie korzystano z szumnie nazywanego portem lotniczym pasa startowego na Polu Mokotowskim. W kwietniu 1934 r. otwarto z kolei Okęcie. Polacy naprawdę nie musieli się go wstydzić. Były hangary, była 50-metrowa wieża sygnalizacyjna i dosyć dobry dojazd do portu aleją Żwirki i Wigury.
Wróćmy do Orbisu. Czy wykupione wczasy miały przystępne ceny?
Niestety nie i dlatego ludzie poszukiwali okazji, czasem zbyt naiwnie wierzyli w atrakcyjną ofertę i padali ofiarą oszustów. Najgłośniejszym przekrętem tamtych lat były wczasy w Wysokiszkach. Pewne popularne przed wojną powiedzenie „wykiszkować kogoś” wzięło się właśnie od tego. W 1934 r. w stolicy ukazały się atrakcyjne foldery o wczasach w Wysokiszkach, które miały się znajdować koło Grodna. „Wielkopańska rezydencja Wysokiszki na Kresach Wschodnich, malowniczo położona nad Niemnem, wśród wspaniałych lasów, idealne warunki zdrowotne, korty tenisowe, łodzie, kajaki, żaglówki, plaża, przejażdżki konne, radio, pianino, obfite posiłki 5 razy dziennie, ilość miejsc ściśle ograniczona. Koszt pobytu, łącznie z utrzymaniem, dziennie 3,5 zł. Zgłoszenia przyjmuje administrator dóbr” – tak brzmiała oferta. Wówczas dwutygodniowy turnus ze skromnym wyżywieniem kosztował ok. 100 zł. Przedpłaty dokonało 130 naiwnych, wpłacając łącznie ponad 7 tys. zł. Każdy otrzymał wiarygodnie wyglądające „skierowanie na wczasy do Wysokiszek” i wszyscy w odpowiednim czasie wyruszyli pociągiem do Grodna. Na miejscu się okazało, że nikt o takim majątku nie słyszał. Policja na szczęście sprawnie zadziałała i ujęto oszustów. Nie było map, nie było internetu. Nikt nie mógł zadzwonić i sprawdzić, czy taka miejscowość rzeczywiście istnieje. Choć i dziś, kiedy tym wszystkim dysponujemy, zdarzają się turystyczne oszustwa, a ludzie się na nie nabierają.
Skoro nie do Wysokiszek, to gdzie najczęściej jeździli Polacy?
Jedną z największych uciech tamtych czasów była wyprawa nad Bałtyk. Z powodów ambicjonalnych państwo w latach 30. kierowało wczasowiczów do Gdyni, bo budowano port. To po pierwsze. Po drugie dobrze było wysyłać Polaków w miejsce, gdzie przeważali Kaszubi mówiący po niemiecku albo sami Niemcy. Starano się też „uturystycznić” Kresy. Co prawda stwierdzono, że na Wołyniu nie ma czego oglądać, ziemia jest tam płaska i nieciekawa, ale Karpaty Wschodnie czy miejscowość uzdrowiskowa Worochta były już uznawane za przedmiot dumy, który można pokazywać ludziom. Na linii Kraków–Zakopane uruchomiono Luxtorpedę, która pokonywała trasę w 2 godz. i 30 minut. Tak samo szybkie połączenie pojawiło się między Lwowem a Worochtą. Kilkanaście mniejszych połączeń prowadziło nad jezioro Narocz, dziś znajdujące się w północno-zachodniej Białorusi – i to właśnie nad nie bardzo często wybierali się warszawiacy. Musieli najpierw dojechać do Wilna, przesiąść się w wąskotorową ciuchcię i dojechać do leżącego nad jeziorem miasteczka Narocz, które wcześniej nosiło zupełnie inną nazwę.
Jaką?
Kupa nad Naroczą. Najpewniej nazwa wzięła się od nocy Kupały. Liga Popierania Turystyki była w kłopocie, bo jak promować miejsce o takiej nazwie? „Zapraszamy do Kupy” – to przecież brzmiałoby fatalnie. Zarządzono więc, że trzeba zmienić nazwę. Miejscowi musieli wyrazić na to zgodę, nie obyło się bez problemów, bo zaczęto się zastanawiać, czy to nie jest przymusowa repolonizacja. W końcu tubylcy się zgodzili, ale skłonna do figlów młodzież studencka, spędzając czas w Naroczy, szukała w kioskach starych pocztówek z dawną nazwą, by potem złośliwie wysłać je do cioci z Warszawy z „pozdrowieniami z Kupy”. Mocną stroną Naroczy były ogromne pokłady drewna pozyskiwane z okolicznych lasów sosnowych. Wykorzystywano ten darmowy budulec i inwestowano państwowe fundusze, by wzmocnić w tych stronach nie tylko siłę polskości, ale też gospodarkę, a miejscowej ludności pokazać siłę pieniądza.
Czy państwo zachęcało do podróżowania, oferując zniżki np. na pociągi?
W latach 30. wprowadzono ulgi na przejazdy PKP do 70 miejscowości, które uznano za turystyczne. W zależności od sezonu zniżki te wahały się od 25 do 66 proc. Początki udogodnień charakteryzowały się naiwnością państwa polskiego. Przykładem będzie zniżka dla narciarzy, bo nie do końca określono, kim jest „narciarz”, i dlatego każdy, kto wiózł ze sobą narty, mógł kupić tańszy bilet. Efektem tego były podróżujące na trasie Lwów–Worochta wiejskie kobieciny z koszykami pełnymi jaj, serów, kiełbas i, rzecz jasna, z nartami. Nie umiały na nich jeździć, ale szybko policzyły, że zniżkowy bilet bardzo się im opłaca, bo mogą taniej pojechać, sprzedać towar i przywieźć do domu więcej pieniędzy. Gdy się zorientowano, że tak się dzieje, ukrócono ten proceder i wprowadzono specjalne dokumenty, które uprawniały do zniżki kolejowej.
Jakie jeszcze udogodnienia się pojawiły?
PKP oprócz pociągów miało na stanie kilkadziesiąt autobusów, które służyły do dowożenia turystów do konkretnych miejscowości, tam gdzie parowóz już nie docierał. Ciekawostką były też pociągi narciarskie, które wyruszyły w trasę na przełomie 1931 i 1932 r., dwa lata później kajakarskie. Bilet kosztował ok. 175 zł, trochę więcej niż przeciętna miesięczna pensja, która wynosiła ok. 120 zł. Wyjazd trwał kilkanaście dni, a w ofercie oprócz miejsca do spania były śniadanie i obiadokolacja oraz wieczorne atrakcje takie jak partyjka brydża czy ciepła kąpiel. Pociąg ruszał z Warszawy i każdego dnia zatrzymywał się w innej miejscowości. Wszyscy się budzili, jedli i wyruszali jeździć na nartach, wieczorem wracali, wspólnie spędzali czas albo odpoczywali w swoim pokoju sypialnym. Po Zakopanem odwiedzali m.in. Rabkę, Krynicę. Pociągi letnie jeżdżące głównie po Polesiu nie cieszyły się już aż taką popularnością. W tych narciarskich można było po dwóch godzinach wrócić i odpocząć, a do kajakarskich trzeba było dopłynąć, często w innym miejscu niż w tym, w którym pociąg wysadził turystę.
Jaki sprzęt sportowy cieszył się największą popularnością? Gdzie kupowano wyposażenie?
W II RP pojawiło się na rynku ponad 1,5 mln rowerów, pokochaliśmy też kajaki. Przemysł turystyczny zaczął się bardzo prężnie rozwijać, dlatego też potrzebny sprzęt można było bez problemu kupić. Namiot kosztował ok. 100 zł, kocher, czyli kuchenka, ok. 20 zł. Do tych drugich dodawana była instrukcja obsługi z wyraźną adnotacją, by nie używać ich w domu. W gazetach pojawiało się mnóstwo reklam sprzętu, a w gazetach dotyczących sportów pojawiały się rubryki w stylu „Zrób to sam”. Na rysunkach przedstawione było, jak krok po kroku samemu zrobić na przykład kajak.
Jakie atrakcje czekały na turystów nad morzem?
Tą najbardziej spektakularną z nutą propagandy było Święto Polskiego Morza. Od 1932 r. uczestniczyli w nim wszyscy pasjonaci kajakarstwa, włącznie ze studentami. Płynęło się Wisłą do Bałtyku, a akcja w owładniętym niemieckim nacjonalizmem Gdańsku miała manifestować polskość. Tuż przed samym finałem spływu jego uczestnicy zarzucali na siebie biało-czerwone flagi. Efekt, zwłaszcza gdy uczestników pojawiło się kilka tysięcy, był imponujący. Za swój wyczyn otrzymywali darmowy nocleg w wojskowych namiotach, jedli za darmo w armijnych stołówkach i otrzymywali darmowy bilet powrotny do domu. Wśród innych nadmorskich atrakcji były m.in. wybory Miss najlepszej opalenizny czy Miss cypla, a wieczorami na plażach odbywały się dancingi. Mieliśmy też nasz polski biegun ciepła, czyli podolskie Zaleszczyki, w których lato trwało aż do października. Turyści jeździli na organizowane tam festyny ludowe czy winobranie. Kuszono krajowymi arbuzami, brzoskwiniami. Często bywał tam marszałek Piłsudski.
Czy dla dzieci organizowano kolonie?
Takie wyjazdy odbywały się z inicjatywy Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego. Odpowiedzialne były za to organizacje działające przy partiach albo zakłady pracy. Warszawska biedota na dwa czy trzy dni wysyłana była do Popowa nad Bug, Milanówka albo Podkowy Leśnej, Falenicy czy Otwocka. Odkryciem głównie wśród studentów i artystów ze stolicy stał się Kazimierz Dolny nad Wisłą. Pod koniec lat 20. rektor ASP Tadeusz Pruszkowski organizował tam plenery malarskie.
Jak wakacyjny czas wolny spędzali studenci?
Poza spływami kajakowymi na wczasach kempingowo-biwakowych. Włóczęgi po Tatrach czy innych okolicach nie były zbyt drogie. Stali bywalcy schronisk górskich po zaopatrzenie chodzili, nie całkiem legalnie, na słowacką stronę. Wspominał o tym nasz przyszły as wywiadu Armii Krajowej Kazimierz Leski, który jako student bawił w Tatrach: „Na Słowację szło się przez Jurgów. Strzeżenie granicy było raczej formalne, a już na nasze wędrówki patrzono raczej przez palce. Celem naszych wypraw był sklep Rotmana, w którym zaopatrywaliśmy się w różne owoce, znacznie tańsze niż u nas. (…) Każdy z nas, tragarzy, brał do plecaka kilkulitrowy gąsiorek wina i dopełniał plecak pomarańczami, rodzynkami, figami itp. Oczywiście w drodze powrotnej z tak cennym ładunkiem wędrować trzeba było bardzo uważnie” – pisał. Przemyt ten, jak łatwo się domyślić, szedł głównie na własne potrzeby.
A lato w mieście?
Najłatwiej opowiedzieć o tym na podstawie tego, co się działo w Warszawie. Nad Wisłą organizowano kąpieliska, plaże, których naliczyłem ok. 30. Jedną z najpiękniejszych stanic wodnych miały wioślarki z Warszawskiego Klubu Wioślarek. Polska dyplomacja korzystała m.in. z Oficerskiego Yacht Klubu, gdzie były korty tenisowe i kryty basen. Z kolei ci mniej zamożni szli na plażę przy Moście Poniatowskiego, gdzie można się było opalać, były karuzela, miejsce do dancingu, a także boiska do gry w siatkówkę czy pola do zapasów. Pod koniec lat 30. we wszelkich odmianach turystyki brało udział kilka milionów Polaków. Wolno nam przypuszczać, że gdyby nie wybuch II wojny, to na początku lat 40. liczbę tę by co najmniej podwojono. ©℗