W olśniewających „Dziadach” Eimuntas Nekrošius zrywa z polską tradycją czytania arcydramatu Mickiewicza, szuka ukrytych znaczeń zapisanych w nim słów. Podszywa spektakl gorzką ironią, daje wybrzmieć śmiechowi, mnoży zagadki i pytania
Nekrošius to kawałek mojej teatralnej młodości. Jego inscenizacje były żelaznym punktem toruńskiego festiwalu Kontakt w czasie, gdy kierowała nim Krystyna Meissner. Ona odkryła przed naszą publicznością i krytyką bogactwo litewskiego teatru wraz z grupą jego najważniejszych twórców. Nekrošius miał wśród nich miejsce szczególne. Był punktem odniesienia, ojcem założycielem, to wobec niego ustawiali się inni, próbując iść podobną drogą lub zdobywając na bunt przeciw guru. W Toruniu pokazywał „Hamleta”, „Makbeta”, „Otella” Szekspira. Zanurzał je w litewską ikonografię, dawał bohaterom pierwotne instynkty, krzesał na scenie ogień, by osadzić ponadczasowy dramat w przestrzeni nieubłaganej natury. Był najuważniejszym czytelnikiem Szekspira, dbał o to, by nie przeinaczać sensów scen i słów. Tyle że wyciągał z nich czasem zaskakujące wnioski, jakby był uwolniony od całej tradycji wystawiania tych utworów.
Już kiedyś przytaczałem tę anegdotę, ale powtórzę, bo o reżyserskiej strategii wielkiego Litwina mówi bardzo wiele. „Trzy siostry” Czechowa oglądałem w Toruniu wraz z moim nauczycielem krytyki Andrzejem Wanatem, był rok 1995. Podczas czterogodzinnego przedstawienia co jakiś czas spoglądałem na Wanata, a jego twarz wydawała mi się coraz bardziej biała. Widział, jak Nekrošius nie pozostawia prawie niczego z tego, z czym kojarzył mu się ukochany dramat Czechowa. Po zakończeniu szybko poszliśmy do teatralnego baru. Wanat wychylił dwie pięćdziesiątki wódki, jedną po drugiej. – Ja go nienawidzę, ale on jest, kurwa, genialny – wyrzucił z siebie jednym tchem.