Do pierwszego zmasowanego cyber uderzenia na Ukrainę doszło 23 grudnia 2015 r. Drugie miało miejsce niemal równo rok później. Trzecie przyszło 27 czerwca 2017 r. W wyniku tamtych ataków przestały na pewien czas działać ukraińskie sieci energetyczne, bankomaty i systemy e-mailowe. Zaatakowano komputery spółek farmaceutycznych i gigantów spedycyjnych. Koszty tamtych - obliczonych na wywołanie chaosu - ataków były liczone w dziesiątkach miliardów dolarów. To właśnie te cyberzgliszcza przyjechała oglądać autorka.
Perlroth w swojej książce nie poprzestaje na suchym odtworzeniu przebiegu wypadków. Swoją książkę pisała podobno przez osiem długich lat, a rozdział ukraiński to tylko jeden z kawałków dużo większej układanki. Bo ta opowieść ma swój bardzo konkretny początek. To 11 września 2001 r. i atak na World Trade Center. Elity polityczne w Waszyngtonie są zdania, że służby zawiodły, że można mu było zapobiec. W efekcie rozpoczyna się pamiętna „wojna z terroryzmem”. Ale tamta ofensywa zranionej i wściekłej Ameryki będzie się rozgrywać nie tylko na pustyniach Iraku czy Afganistanu. Jedna z jej mało znanych aren to właśnie cyberprzestrzeń. Rząd USA ściągnie z Doliny Krzemowej hakerów, programistów i komputerowych freaków i da im bardzo konkretny cel: stworzyć zestaw cybernetycznej broni masowego rażenia. Takiej, która pozwoli obezwładniać przeciwników, zanim odważą się ponownie uderzyć.