„Solista” Joe Wrighta to film, który skutecznie unika melodramatycznej ckliwości
Mógł to być nowy „Piękny umysł” albo jeszcze jedna wariacja na temat „Rain Mana”. Hollywoodzkie kino z filmów z nietuzinkowymi, a upośledzonymi bohaterami uczyniło wytarty do granic wytrzymałości schemat. Co nie zmienia faktu, że chętnie podpisywali je wytrawni reżyserzy (by wymienić tylko Rona Howarda i Barry’ego Levinsona), a Dustin Hoffman i Russell Crowe za chwytające za serca role dostawali Oscary. Prawdopodobnie właśnie dlatego „inni” to tak łakomy kąsek dla aktorów. Publiczność w kinie wyciąga chusteczki, krytycy doceniają kunszt transformacji, odpowiednie gremia szykują swe nagrody. Łatwo, zdecydowanie zbyt łatwo.
Jamiego Foxxa Oscar za rolę schizofrenicznego muzyka w „Soliście” ominął, ale kreację stworzył pierwszorzędną. Film Wrighta zręcznie umyka zresztą wszelkim gatunkowym stereotypom, stając się więcej niż ckliwą opowiastką ku pokrzepieniu serc. Brytyjski reżyser ma szczęśliwą rękę do adaptacji. Gładko wyczuł styl Jane Austen w „Dumie i uprzedzeniu”, „Pokuta” według Iana MacEwana była być może zbytnią kaligrafią, ale do dziś mam przed oczami jej finał z wielkim epizodem Vanessy Redgrave. „Solistę” natomiast oparł na prawdziwej historii dziennikarza „Los Angeles Timesa” Steve’a Lopeza (Robert Downey Jr.). Szukając tematu na reportaż, spotkał on na którymś ze skwerów Miasta Aniołów bezdomnego Nathaniela Ayersa (Jamie Foxx). Ciemnoskóry chłopak cały swój czas spędzał na graniu na skrzypcach. Grał jak natchniony, ponoć studiował w prestiżowej Julliard School. Lopez postanowił zapisać jego historię.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.