Autopromocja

Jezus jest na sprzedaż

"Biblia" Diogo Morgado
"Biblia" Diogo MorgadoMedia
20 kwietnia 2014

Wielkanoc. Nawet w ofercie multipleksów nie może więc zabraknąć filmów na rozmaite sposoby związanych z wiarą.

Jak zwykle w okresie świątecznym jest z czego wybierać, oferta jest do tego zróżnicowana stylistycznie, bardziej lub mniej rewolucyjna. W pierwszym weekendowym box-offisie kwietnia debiutujący „Syn Boży” był co prawda dopiero na 10. miejscu, ale za to „Noe: wybrany przez Boga” już od dwóch tygodni zasiada na tronie lidera. W Wielki Piątek w kinach pocieszenie znajdą też wątpiący, których tytułem zachęca film „Niebo istnieje... naprawdę”. „Syn...” to propozycja konwencjonalna i artystycznie przezroczysta, kronika życia Chrystusa oparta na telewizyjnej miniserii „Biblia”. Konsultowali go najbardziej wpływowi chrześcijanie w branży, a jego producentowi udało sprzedać się prawa do filmu ponad sześćdziesięciu krajom. „Noe...” Darrena Aronofsky’ego z opowieści o legendarnym budowniczym arki zrobił katastroficzne fantasy. Talent reżysera, niezależnego eksperymentatora, rozpłynął się gdzieś w falach potopu, ale okołobiblijny dramat sprzedaje się jak dotąd świetnie. Jak poradzi sobie „Niebo...”, oparte na „prawdziwej historii” spisanej na kartach światowego bestsellera, opowiadające o chłopcu, który podczas narkozy odwiedził Królestwo Niebieskie? Autorzy hojnie obiecują, że film „na zawsze zmieni sposób, w jaki myślisz o wieczności, pozwalając ci przyjąć perspektywę dziecka i uwierzyć jak ono”.

To nie wszystkie okołobiblijne tytuły, jakich spodziewamy się w tym roku – na końcówkę 2014 planowana jest premiera „Exodus” Ridleya Scotta z Christianem Balem w roli Mojżesza. Aktor jest z Biblią za pan brat: zaczynał z wysokiego C, grając Chrystusa w „Maryi, Matce Jezusa”. Przynajmniej możemy mieć pewność, że odpowiednio schudnie do roli – jest w tym przecież ekspertem. Jako Jozue towarzyszyć będzie mu znany z „Breaking Bad” Aaron Paul. Na samym początku Hollywood filmy o tematyce biblijnej były niezwykle popularne, w skali porównywalnej do komedii romantycznych dzisiaj – wystarczy wspomnieć „Króla królów” i „Dziesięcioro przykazań” De Mille’a czy „Ben Hura” Wylera. Jednak ich popularność słabła wraz ze zmianami obyczajowymi, a gwoździem do trumny było odrzucenie w latach 60. kodeksu Haysa, spisanego w latach 30. XX wieku narzędzia cenzury, zobowiązującego do przestrzegania w filmach pewnego zestawu konserwatywnych wartości. Sekularyzacja kina odstraszyła religijnych twórców, którzy przenieśli się m.in. do telewizji. Sacro-filmy wciąż sprzedawały się na mniejszą skalę: jednym z najchętniej oglądanych filmów na świecie pozostaje „Jezus”, dokudrama Billa Brighta i Johna Heymana z 1979 roku, która w kinach poniosła sromotną porażkę. Dziś jego autorzy za swój scenariusz dostaliby pewnie grube miliony.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.