- Rewolucję na Białorusi cechuje ten sam rodzaj politycznego rozsądku, który widzieliśmy 40 lat temu w Polsce – mówi francuski europoseł Bernard Guetta, w latach 80. korespondent „Le Monde” nad Wisłą



Był pan w Gdańsku w sierpniu 1980 r. jako korespondent dziennika „Le Monde”. Co pozostaje najbardziej żywym wspomnieniem, kiedy myśli pan o tamtym czasie?
Noc, w czasie której delegaci robotników ustalali listę postulatów. To było w stoczni. Było mnóstwo delegatów z fabryk z całego wybrzeża bałtyckiego, nie tylko z Gdańska. Jako pierwsze pojawiło się żądanie, by partia komunistyczna po prostu oddała władzę i opuściła kraj. Najbardziej polityczne umysły obecne na sali bardzo się obawiały, bo – moim zdaniem właściwie – uważały, że było to zbyt ostre żądanie. Rezultatem mogłaby być powtórka z Budapesztu z 1956 r. Przedstawiciele Komitetu Obrony Robotników, w szczególności Henryk Wujec, który niedawno zmarł, objaśniali delegatom, że od reżimu trzeba w pierwszej kolejności domagać się przestrzegania polskiej konstytucji, polskiego prawa i międzynarodowych umów, które polskie państwo podpisało, w szczególności dotyczących wolności związków zawodowych. Wujca wsparł Andrzej Gwiazda, który znał te porozumienia doskonale. To było dla mnie zupełnie niesamowite – on miał w kieszeni tekst tych umów, wyjął je i odczytał. Po jakimś kwadransie wszyscy zgromadzeni w sali zgadzali się na propozycje Wujca. To był pierwszy manifest tej zbiorowej mądrości Polaków w czasie tamtych tygodni, a właściwie 18 miesięcy oporu Solidarności. Wszyscy chcieli jednego – końca reżimu komunistycznego. Rozumieli jednak, że będzie wielkim politycznym błędem mówienie o tym tak dosadnie. Każdy trwał więc w tym samoograniczeniu rewolucji. Byłem naprawdę pod wielkim wrażeniem i podziwiałem to.
Reklama
Co z drugą stroną rozmów?
Mówiłem oczywiście o strajkujących. Ale reżim również okazał się raczej rozsądny, zgadzając się na podpisanie porozumień w Gdańsku. Rozumieli, że nie mają innego wyjścia poza interwencją sowiecką w Polsce.

Reklama
Wierzył pan w to? Realna była groźba sowieckiej interwencji?
Nie. Oczywiście możliwość była, ale nie wierzyłem, by była realna. Rozumiałem układ sił pomiędzy ludźmi a reżimem. Wśród Polaków była jedność, wszyscy wspierali Solidarność i reżimowi byłoby niezwykle trudno odrzucić kompromis. Mieli wystarczająco dużo rozsądku, by to rozumieć. To nie była już kwestia dobrej woli czy tego, że byli miłymi ludźmi. Nie, oni po prostu nie mieli wyjścia.
Miał pan wówczas poczucie, że obserwuje początek końca komunizmu w Europie?
Tak, ale nie myślałem, że nastąpi to już 10 lat później. Zakładałem, że zajmie to o wiele więcej czasu i będzie się odbywało krok po kroku. Było jednak dla mnie oczywiste, że widzę początek końca komunizmu w Polsce, a to mogło oznaczać początek końca komunizmu w całym bloku. Byłem przekonany, że dojdzie do zawarcia jakiegoś kompromisu między reżimem a strajkującymi.
Takie przekonanie było powszechne we Francji i w ogóle na Zachodzie?
Nie sądzę. Wielu miało świadomość, że w bloku sowieckim jest zupełnie inna sytuacja, ale ogromna większość wśród obywateli, naukowców, polityków, dyplomatów, znawców sowieckiego bloku myślała – chociaż oczywiście były pewne wyjątki – że po kilku miesiącach czy nawet latach nastąpi normalizacja, tak jak wcześniej w Czechosłowacji. Kiedy Wojciech Jaruzelski wprowadził stan wojenny, ogromna większość postrzegała to właśnie jako normalizację. 10 dni po wprowadzeniu stanu wojennego napisałem w „Le Monde”, że normalizacja w Polsce nie będzie możliwa. Moja teza nie spotkała się z przychylnością. Ludzie myśleli, że jestem na tyle zakochany w Solidarności, iż nie jestem w stanie zaakceptować rzeczywistości. Odpierałem te zarzuty, mówiąc, że to nie kwestia uczuć, ale racjonalności. Układ sił był taki, że Jaruzelski nie był już w stanie znormalizować sytuacji. Trudno jednak wówczas było przekonać do tego ludzi.
Jeśli chodzi o Solidarność dzisiaj, mamy w Polsce dwie strony, z których każda ma swoją historię i swoich bohaterów. Czy czuł pan wówczas napięcia wewnątrz obozu?
Wcale! Wówczas w Polsce oficjalnie była tylko jedna partia polityczna, ale był to oczywiście teatr. Tak naprawdę istniała prawica i lewica, chadecy, socjaliści, nacjonaliści, liberałowie. Kiedy nadszedł jednak czas walki z komunistycznym reżimem, wszystkie siły się zjednoczyły w tym właśnie celu – od skrajnej prawicy po skrajnej lewicę. Nie było mowy o żadnych walkach frakcyjnych wewnątrz obozu. Przeciwnik był jeden – partia komunistyczna. Kiedy opozycja wygrała, reżim komunistyczny został pokonany i zaczęła być w Polsce budowana pluralistyczna demokracja, było zupełnie normalne, że różne polityczne rodziny zaczęły ze sobą walczyć. To nawet nie było dziwne, ale po prostu zdrowe. Demokracja potrzebuje konkurujących ze sobą idei, ugrupowań i rodzin politycznych. Teraz w Polsce są dwa obozy: konserwatywny i postępowy. Tak jest w każdym demokratycznym kraju, to normalne.
Ale czy nie jest dziwne to, że wciąż trwa rywalizacja o schedę po tym, co wydarzyło się 40 lat temu?
Każdy obóz potrzebuje legitymizacji w postaci zwycięstwa nad komunizmem. Sytuacja w Polsce w 1980 r. była dziwna, bo prawda jest taka, że większość, nie wszyscy, lecz ogromna większość opozycjonistów wywodziła się z lewicy, część nawet z komunistów, jak Jacek Kuroń, Karol Modzelewski, Bronisław Geremek i wielu innych. Ci ludzie w latach 80. odgrywali prominentną rolę w walce z reżimem. Faktem jest, że walka ta była organizowana przez ludzi lewicy. To do dzisiaj jest trudne do zaakceptowania dla ludzi prawicy, którzy przekonują, że to oni silniej stawiali opór reżimowi. Może to prawda, może nie, w mojej ocenie nie, ale to nie jest istotne.
Porównuje się wydarzenia sprzed 40 lat w Polsce do tych na Białorusi dzisiaj. Dostrzega pan to podobieństwo?
Są dwa wspólne punkty. Po pierwsze, w Polsce cały kraj zmienił się całkowicie w ciągu 10, w zasadzie ośmiu dni i dokładnie to samo widzieliśmy na Białorusi, gdzie w mniej niż tydzień cały kraj zmienił się nie do poznania. Po drugie, dzisiaj nikt na Białorusi nie mówi, że jest przeciwko Rosji i chciałby dołączyć do Unii Europejskiej i zachodnich demokracji. To jest ten sam rodzaj politycznego rozsądku, który widzieliśmy 40 lat temu w Polsce.
Cała reszta jest jednak inna?
Tak, bo nie ma już zimnej wojny i bloku sowieckiego. Wszystko jest inne.
Co może się wydarzyć na Białorusi?
Nikt tego nie wie i ja też, ale chciałbym, by również udało się zawrzeć jakiś kompromis pomiędzy nie Alaksandrem Łukaszenką a rewolucją, ale między rewolucją a Władimirem Putinem i Rosją. Przypomnijmy sobie sytuację sprzed dwóch lat w Armenii. Po kilku tygodniach doszło do kompromisu między rewolucją a Rosją. Oni zdecydowali o wyborze nowego premiera, który był akceptowalny dla Rosji i dla rewolucji. Chciałbym, by na Białorusi zawarto podobny kompromis. Co innego może się wydarzyć? Upadek rewolucji? Rosyjska inwazja? Zdecydowanie tego nie chcemy. Kompromis byłby olbrzymim zwycięstwem także dla przeciwników reżimu. Dam przykład, który zrozumie każdy Polak. Po 1956 r. wynikiem kompromisu między rewolucją w Polsce a Rosją był Władysław Gomułka. To był niewielki i powolny postęp, ale z korzyścią dla wolności i pluralizmu w Polsce. Oni muszą znaleźć swojego Gomułkę.
Na koniec chciałabym spytać o Lecha Wałęsę. Poza Polską jest on ikoną tamtej walki, ale w Polsce kontrowersje budzi jego współpraca z bezpieką. Jak dzisiaj odbiera pan tę postać?
Powiem wprost i dosadnie – nienawidzę tych kontrowersji. To jest obrzydliwe, absolutnie obrzydliwe. Wałęsa jest niepodważalnym bohaterem polskiej rewolucji. Kropka.
Nawet, jeśli są dowody na jego współpracę?
Jaka współpraca? Może podpisał jakiś papier, ale wielu ludzi wtedy to robiło. Byłem w stoczni, kiedy rozpoczął się strajk i w czasie tamtych trzech tygodni. Bez Wałęsy nie byłoby tego całego ruchu, to by się nie udało. Skończmy to, to jest obrzydliwe i strasznie szokujące.