Polański – ofiara politycznej poprawności w czasach #MeToo czy artysta, który po latach zostaje w końcu potępiony za moralnie niedopuszczalny czyn? Czy można wręczyć Cezara reżyserowi oskarżonemu o seks z 13-latką (w 1977 r.) i – ostatnio – przez znaną francuską fotografkę Valentine Monnier o gwałt i pobicie w kurorcie narciarskim (tym zarzutom Polański zaprzecza)? Odpowiedź na te pytania stała się we Francji kwestią polityczną i manifestacją światopoglądu.
Magazyn DGP 6.03.2020 / Dziennik Gazeta Prawna
Ocena dzieła w kontekście życia prywatnego twórcy podzieliła środowisko filmowców i intelektualistów. Głos zabrali oczywiście również politycy. Minister kultury Franck Riester potępił przyznanie Romanowi Polańskiemu Cezara za najlepszą reżyserię za film „Oficer i szpieg”, jeszcze zanim zapadła decyzja jury Akademii Sztuki i Techniki Filmowej.
Reklama
– Nie jest możliwe, aby sala wstała i oklaskiwała film mężczyzny kilkakrotnie oskarżonego o gwałt – zareagowała na same nominacje minister ds. równości Marlène Schiappa. A „Oficer i szpieg” dostał ich aż 12 (jego film w sumie wygrał w trzech kategoriach).

Reklama
Aktorka Emmanuelle Seigner, żona artysty, broni Polańskiego, nazywając oskarżające go kobiety histeryczkami. Brigitte Bardot, legendarna gwiazda francuskiego kina, uważana niegdyś za symbol wyzwolenia kobiet, również staje za nim murem. „Jakie to szczęście, że jest Polański, który ratuje kino przed nijakością. Oceniam go za talent, a nie za życie prywatne. Żałuję, że nigdy z nim nie kręciłam. Niech żyje Roman” – napisała aktorka w mediach społecznościowych. Gratulacje Polańskiemu złożyła również aktorka Mathilde Seigner, szwagierka reżysera. Obrzucona została za to stekiem wyzwisk w licznych komentarzach.

Jak kocham, to pójdę na koniec świata

Prawdziwe piekło rozpętało się na gali 28 lutego. Z jednej strony Fanny Ardant, laureatka Cezara za najlepszą drugoplanową rolę kobiecą w filmie „Poznajmy się jeszcze raz” Nicolasa Bedosa, stwierdziła: – Kiedy kogoś kocham, to kocham gorąco. Bardzo, bardzo kocham Romana Polańskiego, bardzo więc jestem szczęśliwa (z powodu jego nagrody). Za kimś, kogo kocham, pójdę nawet na gilotynę. Nie znoszę wyroków skazujących.
Przeciwników było więcej. Aktor i reżyser Jean-Pierre Darroussin ledwie wspomniał o Polańskim, wymieniając zwycięzców w kategorii „najlepszy scenariusz adaptowany” (drugim wygranym był współscenarzysta „Oficera...” Robert Harris). Nieobecnego reżysera wielokrotnie piętnowała prowadząca galę aktorka Florence Foresti. Po ogłoszeniu nagrody za reżyserię dla Polańskiego odmówiła powrotu na scenę. Reżyserki Emmanuelle Bercot i Claire Denis, odczytując wynik, nie kryły konsternacji. Część publiczności wyszła, niektórzy wybuczeli wybór Akademii. Aktorka Adèle Haenel, która przyznała niedawno, że była ofiarą molestowania przez innego reżysera, opuszczając salę, krzyknęła: „Pedofilia wygrała!”.
Także przed Salle Pleyel nie zabrakło przeciwników uhonorowania Polańskiego. „Wstyd branży, która chroni gwałcicieli”, „Violanski” (od francuskiego „viol” – gwałt) – głosiły napisy. Policja rozpędziła demonstrantów gazem łzawiącym.
Po gali znów zabrał głos minister kultury. Stwierdził, że „za każdym razem, gdy przyznawany jest Cezar, jest to oczywiście uznanie artystyczne, ale również przesłanie do społeczeństwa”, a Cezar dla Polańskiego to „zły symbol”.
Ta wypowiedź spotkała się z kolei z krytyką filmowców, którzy – niezależnie od opinii na temat samej afery Polańskiego – protestowali przeciw temu, co jeden z nich określił jako „nieuprawnioną ingerencję rządową w sprawy branży”. Inni zastanawiali się, czy słowa ministra oznaczają zapowiedź stworzenia kina oficjalnego, w którym z publicznego dofinansowania korzystać będą tylko filmy poprawne politycznie. Jean Dujardin, odtwórca głównej roli w „Oficerze i szpiegu”, napisał na Instagramie: „Uciekam, w tym kraju cuchnie". We wcześniejszych wpisach aktor bronił zarówno swego udziału w tym filmie, jak i reżysera.

Różne standardy

Polańskiego wzięły w obronę środowiska uznawane za konserwatywne. Élisabeth Lévy, redaktor naczelna konserwatywnego miesięcznika „Causeur”, zwróciła uwagę, że organizacje feministyczne nie protestowały przeciw innemu nominowanemu reżyserowi, Lagdowi Ly. Jego obraz „Nędznicy” zgarnął cztery statuetki, m.in. za najlepszy film. W 2012 r. artysta o malijskich korzeniach został skazany na trzy lata pozbawienia wolności za udział w tzw. zbrodni honorowej – próbie zabójstwa mężczyzny, który miał romans z dziewczyną z jego rodziny.
Alain Finkielkraut, filozof polsko-żydowskiego pochodzenia, przypomniał na łamach konserwatywnego dziennika „Le Figaro”, że Polański uniknął Holokaustu. Teraz zaś jego krytycy w mediach społecznościowych „domagają się jego zagazowania”. Zacytował też amerykańskiego pisarza Philipa Rotha, który powiedział, że „kiedy dochodzi do generalizowania cierpienia, mamy do czynienia z komunizmem, a kiedy cierpienie się wyszczególnia, to mamy literaturę”. Komunizm nie jest w modzie – uważa Finkielkraut – ale ideologia neofeminizmu jest na czasie, a zachowanie uczestników rozdania Cezarów więcej miało wspólnego z ideologią, która skazuje człowieka bez sądu, niż ze świętem kina. „Moralizatorzy widzą różnicę między białym Polańskim a czarnoskórym Lagdem Ly, odmawiając jednocześnie oddzielenia kwestii artysty od jego dzieła” – pisze Finkielkraut. Dlaczego? Jego i prawej strony francuskiej sceny politycznej zdaniem dlatego, że dla nich „Polański to biały, heteroseksualny predator stawiany na równi z Dominique Strauss-Kahnem, Jeffreyem Epsteinem i Harveyem Weinsteinem”. Czarnoskóry Lagd Ly jest natomiast rozgrzeszony.
„Nie odróżniają autora od dzieła” – skwitował również w „Le Figaro” politolog Mathieu Laine, autor książki „Il faut sauver le monde libre” („Trzeba zachować wolny świat”), krytykując tę część środowiska artystycznego, która poddaje Polańskiego ostracyzmowi.

To były inne czasy…

Tymczasem to lewica tradycyjnie broniła wolności wyrazu w sztuce i opowiadała się za rozdziałem twórcy od dzieła, co postulował kojarzony z lewą stroną francuski filozof, semiotyk i krytyk Roland Barthes w dziele „Śmierć autora”. Ten tok rozumowania przyjmowali też inni prominentni francuscy intelektualiści – Jacques Derrida, który zapoczątkował dekonstrukcję, poststrukturalista Michel Foucault czy psychoanalityk Jacques Lacan.
To również lewa strona polityczno-intelektualnej sceny postulowała obyczajowe rozluźnienie. Kiedy w 1977 r. w dziennikach „Le Monde” i „Liberation” ukazał się apel w obronie dorosłych oskarżonych o akty seksualne z nieletnimi (tzw. afera wersalska), podpisało go wielu znanych francuskich intelektualistów i polityków oraz pisarzy kojarzonych z lewicą, m.in. Bernard Kouchner, późniejszy szef MSZ i współzałożyciel organizacji Lekarze bez Granic; pisarka, filozofka i feministka Simone de Beauvoir; prozaik i poeta, zwolennik polityki partii komunistycznej Louis Aragon; wspomniani już Roland Barthes i Jacques Derrida oraz pisarz i filozof, czołowy przedstawiciel francuskiego egzystencjalizmu i laureat Nagrody Nobla Jean-Paul Sartre. Sprawa autora petycji, pisarza Gabriela Matzneffa – dziś także oskarżanego o pedofilię (na początku stycznia ukazała się książka Vanessy Springory, z którą miał romans, gdy miała 14 lat; on sam był wtedy 50-latkiem) – w ostatnim czasie nie schodzi ze stron francuskich gazet. W styczniu znane wydawnictwo Gallimard zawiesiło współpracę z pisarzem, który w sierpniu skończy 84 lata. Skłonność Matzneffa do nieletnich była znana opinii publicznej wcześniej – mówił o niej jeszcze w 1990 r. w znanym programie literackim „Apostrophes”.
Kouchner (którego kariera polityczna rozpoczęła się w partii komunistycznej, ale w ostatnich latach stał się zwolennikiem byłego prezydenta Nicolasa Sarkozy’ego) tłumaczył się z przyłączenia się do apelu w obronie pedofili konserwatywnemu tygodnikowi „Le Point”. W skrócie: „to były inne czasy, inne zwyczaje”. „Okres był głupio luźny, liberalny. Ogarnęły nas ideologie” – ocenił, dodając, że nikt apelu tak naprawdę nie czytał przed podpisaniem.
Z powodu kontrowersji wokół Polańskiego cały zarząd Akademii Cezara podał się do dymisji, podkreślając, że podjął decyzję, by „Cezary pozostały wielkim świętem kina”. Sam reżyser poinformował dzień przed ceremonią, że nie weźmie w niej udziału. „Aktywistki już grożą mi publicznym linczem. Niektórzy zapowiadają demonstracje przed Salą Pleyel (...). To pokazuje, że (gala – red.) będzie wyglądała bardziej jak sympozjum niż święto kina, na którym mają zostać nagrodzone największe talenty” – tłumaczył swoją decyzję.