Wielkanoc nie musi być nudna. Wiedzieli o tym nasi przodkowie umiejący zmienić Wielki Tydzień w najbardziej niezwykły okres roku.
Reklama
Magazyn DGP / Dziennik Gazeta Prawna
Polacy coraz bardziej wolą Boże Narodzenie. Z ubiegłorocznego raportu BIG InfoMonitor wynika, że wprawdzie Wielkanoc obchodzi w Polsce 92 proc. osób, lecz lubi ją tylko 62 proc. badanych. Aż 14 proc. więcej czuje sympatię dla czasu, gdy w domu króluje choinka i oczekiwanie na prezenty.
Wielkanoc postrzegana jest jako święto smutne. Na dodatek gdy społeczeństwo świecczeje, a stare tradycje stają się coraz mniej zrozumiałymi gestami, pojawia się poczucie braku sensu. Towarzyszy mu znużenie powtarzaniem tych samych czynności, choć pozostało ich niewiele w porównaniu ze spuścizną przodków. Ich Wielkanoc i poprzedzające ją dni były wypełnione niezwykłymi zwyczajami, czyniącymi Wielki Tydzień najbardziej fascynującą częścią roku.

W oczekiwaniu na przyjemności

Reklama
„Wielki Post jest okresem ciszy, skupienia, pobożności. Nie słychać muzyki, nie wolno tańczyć, nie ma gwarnych zebrań towarzyskich, nawet strój jest poważniejszy; śpiewa się pieśni pobożne” – opisywał Jan Stanisław Bystroń w „Dziejach obyczajów w dawnej Polsce”.
Trwający 40 dni okres wyrzeczeń wymagał odporności na pokusy. Obowiązywał ścisły zakaz spożywania mięsa, a tymczasem właśnie w tym okresie trzeba było przygotowywać mięsiwa na Wielkanoc. Już w połowie Wielkiego Postu ubijano zwierzęta, po czym zaczynano wędzić szynki i boczki oraz robić kiełbasy. Całymi dniami z wędzarni unosił się smakowity aromat. Obcując z unoszącą się w powietrzu pokusą, należało mięsiwa zamknąć w spiżarniach, a samemu zadowolić się śledziem lub żurem.
Wyłom w tej tradycji uczynił król Zygmunt August na stypie wydanej po śmierci ojca Zygmunta Starego na początku kwietnia 1548 r. „Po raz pierwszy pokazało się mięso na królewskim stole, z powodu, że przy nim siedzieli Niemcy, postów nie zachowujący, których uraczyć trzeba było” – zapisał Wacław Aleksander Maciejowski w książce „Polska i Ruś aż do pierwszej połowy XVII wieku”. Tolerancyjne wobec protestantów zachowanie władcy zainspirowało część szlachty, która nie była w stanie wytrzymać 40 bezmięsnych dni. „Niektórzy nawet w kwietną (palmową – red.) niedzielę mięso jedli, udając, że niby cieszą się z tego, iż w następnym tygodniu Pan Jezus zmartwychwstanie” – notował.
Podobnie próbowano omijać zakaz radosnych zabaw. Sporo uciechy dawała pogańska tradycja topienia marzanny oraz zapożyczony od Niemców prima aprilis. Z trudem hamowano się przed dokazywaniem także w Niedzielę Palmową. Powaga miejsca i trwanie mszy świętej nie przeszkadzały w tym, że kościoły tego dnia stawały się centrum życia towarzyskiego. Proboszczowie, ku uciesze wiernych, inscenizowali procesje naśladujące wjazd Chrystusa na osiołku do Jerozolimy.
Święcone podczas mszy palmy przydawały się także po niej, bo zgodnie ze zwyczajem należało zjeść choć jednego „kotka” z wierzbowej witki, co miało chronić przed bólem gardła i innymi chorobami. Kpił z tego w „Postylli Pańskiej” protestant Mikołaj Rej z Nagłowic. „W Kwietną Niedzielę, kto bagniątka (bazi – red.) nie połknął, (…) to już dusznego zbawienia nie otrzymał” – pisał. Ale sławny poeta nie mógł wiedzieć, że bazie są bogate w związki salicylowe, takie same, z jakich produkuje się aspirynę.

Świąteczne baby

„Według statutów synodalnych wieluńsko-kaliskich Mikołaja Trąby z 1420 r. należało obchodzić w ciągu roku prócz niedziel ok. 50 dni świątecznych” – piszą w „Dziejach miast i mieszczaństwa w Polsce przedrozbiorowej” Maria Bogucka i Henryk Samsonowicz. Potem świąt przybyło i mieszkańcowi szlacheckiej Polski, jeśli był katolikiem, przysługiwało 114 dni wolnych od pracy. „Na Wielkanoc przerwano w 1530 r. pracę już w Wielki Piątek i przez 6 dni odpoczywano” – dodają autorzy.
Od Niedzieli Palmowej dobry katolik obowiązany był codziennie uczestniczyć w choć w jednej mszy, a każdego wieczoru głowa rodziny powinna przeczytać bliskim na głos dłuższy fragment Nowego Testamentu. W tym czasie należało zabrać się do malowania pisanek oraz pieczenia świątecznych ciast. Prawdziwie morderczym testem było upieczenie baby wielkanocnej. Ciasto odznaczało się wrażliwością na zmiany temperatury. Dlatego na początku uszczelniano szpary w drzwiach i oknach, chcąc zapobiec „przeziębieniu się baby”. Ją samą wykonywano z najlepszej mąki, zagniecionej z drożdżami oraz kilkoma setkami utartych żółtek z kurzych jaj. Ponoć optymalna ich liczba wynosiła 500. Potem dorzucano różnorodne dodatki: rodzynki, mielone migdały, rozpuszczony w wódce szafran etc. Tak wzbogacone ciasto rosło przykryte lnianym obrusem. Łatwo sobie wyliczyć, jak ogromne były straty, gdy opadło. Dlatego nawet po wyjęciu z pieca od razu trafiało pod puchową pierzynę lub wkładano babę między dwie poduszki i gospodyni delikatnie kołysała nią, dopóki ciasto nie ostygło.
Około środy ludzie powoli zaczynali odreagowywać narastające napięcie. Z wież kościołów urządzano efektowne „zrzucanie Judasza”. Szmacianą kukłę ciskano w dół, „gdzie już czekała gawiedź uzbrojona w kije, która następnie ciągnęła kukłę przez miasto, aby ją na koniec spalić lub też utopić w stawie” – zapisał Bystroń. Tak wyglądało preludium do naprawdę efektownego widowiska.

Pokuta na pokaz

„Politowania godne sceny rozgrywają się w okresie od Wielkiej Środy do świąt wielkanocnych. Grupy osób po pięćdziesięciu do stu przeciągają za krucyfiksem z dyscyplinami zbroczonymi krwią – przy czym niektóre zakończone są żelaznymi kolcami – przy świetle smolnych pochodni całymi dniami i nocami snują się po kościołach” – notował w 1646 r. historyk Jean de Laboureur.
Do Polski przybył z Marią Ludwiką Gonzagą, poślubioną przez Władysława IV. Egzotyka poznawanego kraju zaskakiwała Francuza na każdym kroku, a to, co działo się podczas Wielkiego Tygodnia, nie mieściło mu się w głowie. „Okryci są kapturami z otworami na oczy i habitami z białego lub czarnego płótna, a na nich wymalowane piszczele ludzkie lub trupie głowy z napisem «memento mori». Nawet w Wielki Piątek nie zaprzestali biczowania się po kościołach w mieście i na przedmieściach” – pisał zadziwiony.
Mrocznemu widowisku przyglądał się tłum gapiów, kibicując pokutnikom i bacząc, aby nie oszczędzali sobie razów. „Można było widzieć wielu takich, których rany dochodziły do głębokości palca” – zaobserwował Jean de Laboureur. Z równie wielkim zapałem umartwianiu publicznemu oddawała się szlachta, mieszczaństwo i chłopi. „Z galerii zamku warszawskiego widzieliśmy wsie nadwiślańskie oświetlone blaskami pochodni i tysięczne procesje przesuwające się wśród przeraźliwych krzyków” – opisywał zafascynowany widowiskiem Francuz.

Pokora raz do roku

Zupełnie inny rodzaj atrakcji oferowali gapiom najpotężniejsi, którzy w Wielkim Tygodniu także musieli dać dowody religijności i pokory. W Wielki Czwartek, na pamiątkę Chrystusa, polscy biskupi oraz królowie również publicznie myli stopy 12 starcom i biedakom.
W pamiętnikach Albrecht Radziwiłł odnotował, że religijny Zygmunt III Waza każdego roku obmywał nogi 12 najstarszym ludziom w królestwie. Specjalnie w Wielki Czwartek zwożono ich z różnych stron do kościoła św. Jana w Warszawie. Tam w jednej z kaplic sadzano ich rzędem na ławie i zdejmowano but z prawej nogi. Król podchodził do każdego w towarzystwie szambelanów: jeden polewał nogę wodą, a drugi podstawiał miskę. Monarcha przyklękał i przykrywał stopę starca dużą serwetą. Po rytuale obmycia wiekowi goście, odziani specjalnie w karmazynowe żupany, byli odprowadzani do sali na Zamku Królewskim. Tam król podejmował ich biesiadą, symbolicznie im usługując.
Zwyczaj obywania nóg był tak mocno zakorzeniony, że uległ mu nawet August II Mocny. Pół roku po tym, jak został polskim królem, i po przejściu na katolicyzm musiał dowieść religijnej gorliwości. W tym celu specjalnie sprowadzono 12 biedaków do gdańskiego kościoła Dominikanów, gdzie nowy monarcha obmył im stopy na oczach świadków. Okazywania raz do roku pokory nie unikał jego syn August III. Wedle relacji Jędrzeja Kitowicza miał zwyczaj po umyciu nóg starcom długo ucztować z nimi, a na pożegnanie obdarowywać ubraniami, łyżkami i nożami z królewskiej zastawy oraz „serwetą, w której dukaty były zawiązane”.
Podobnie hojny był ostatni król Polski Stanisław August Poniatowski. Poeta Władysław Syrokomla opisywał, że po obmyciu nóg, podczas jednej w wielkoczwartkowych biesiad, uwagę Poniatowskiego przyciągnął starzec. „Jak się Waćpan nazywasz? Wiele masz lat?” – spytał król. Zapytany odrzekł, iż nazywa się Zakrzewski, a lat ma 125. Jak twierdził, służył jeszcze królowi Janowi III Sobieskiemu, walcząc pod jego komendą w 1683 r. w bitwie pod Wiedniem. Stanisław August zachwycony opowieścią, choć wyglądała ona na zmyśloną, obdarował starca sakiewką z 50 złotymi dukatami.

Blisko, coraz bliżej

W Wielki Piątek pospólstwo i część szlachty z wielkim entuzjazmem urządzały egzekucje potrawom, nieodłącznie kojarzącym się z postem. Wieszano więc śledzie na gałęziach drzew, a żurowi szykowano pogrzeb. Zbierano się więc w kondukt niosący garniec ze znienawidzoną za sprawą postu zupą, by ją zakopać. Czasami do pochówku nie dochodziło, bo „ów co szedł z łopatą, nagle uderzył nią w kruchy garnek, aby żur oblał niosącego, co wywoływało grzmot śmiechu wśród towarzyszących w tym orszaku zmyślonego pogrzebu” – opisuje Zygmunt Gloger w „Roku polskim w życiu, tradycyi i pieśni”.
Pomysł, że żurem można się oblewać, zamiast go grzebać, z upływem dekad zyskiwał coraz większą popularność, dając pretekst do jeszcze lepszej zabawy. „Od komina zaś jednej do komina drugiej przeciwległej chałupy, przeciągają w poprzek ulicy powrósło słomiane, z kilku powiązanych z sobą złożone części. W środku owego powrósła obniżonym nieco na kształt girlandy lub festonu, uwiązują garnek napełniony żurem lub popiołem, który chłopcy swawolni rozbijają kijami, właśnie wówczas, gdy ktoś przez ulicę pod owym powrósłem przechodzi, dla obsypania nieostrożnego przechodnia porządną dozą popiołu i sadzy” – opisywał etnograf Oskar Kolberg.
Jednocześnie w Wielki Piątek nie zaprzestano umartwiania się. Tego dnia w kościele należało być więcej niż raz, a jednocześnie obowiązywał post ścisły. Najbardziej religijne osoby wyrzekały się nie tylko jedzenia, ale też picia. Wieczorem zaś czekała wszystkich katolików droga krzyżowa. Jeśli brali w niej udział biczownicy, to oni skupiali na sobie uwagę wiernych. Biczowali się więc widowiskowo podczas postoju przy każdej stacji drogi krzyżowej. Wspominając procesje oglądane w dzieciństwie w Brześciu, pisarz Julian Ursyn Niemcewicz odnotował, iż „w bractwie uczestniczyli pierwsi obywatele województwa”.
Jednak, by efekt odtworzenia grozy Męki Pańskiej był naprawdę przekonujący, należało też zadbać o samo miejsce drogi krzyżowej. Prekursorem w tej kwestii okazał się wojewoda krakowski Mikołaj Zebrzydowski. Decyzję o ufundowaniu Kalwarii ogłosił na początku grudnia 1602 r. Za życia wojewody na wzgórzu powstały kościół, klasztor Bernardynów i 17 kaplic. Po śmierci Zebrzydowskiego cały kompleks, naśladujący Jerozolimę, rozbudowywano. Szybko też znaleźli się plagiatorzy fundujący własne kalwarie, m.in. w Górze Kalwarii pod Warszawą i Pacławsku koło Przemyśla. Potem doszły kalwarie: wileńska, żmudzka, wejherowska etc. Wszystkie one miały służyć pielgrzymom pragnącym zobaczyć choć namiastkę Ziemi Świętej. A że ich kluczowym elementem było odwzorowanie wzgórza Golgota, na którym ukrzyżowano Chrystusa, stały się miejscem odprawiania najbardziej widowiskowych nabożeństw pasyjnych.

Czas biesiadowania

Wreszcie nadchodziła Wielka Sobota, gdy publiczne umartwianie można było zastąpić dużo bardziej przyjemnymi czynnościami. W domach panowała wrzawa, bo trwały ostatnie przygotowania do wyprawiania się ze święconką do kościoła oraz rozpoczęcia nazajutrz właściwego świętowania.
Od XVII w. zdarzało się, iż zakłócało ją przybycie proboszcza. Wówczas to upowszechnił się zwyczaj, iż w Wielką Sobotę duchowni odwiedzali wiernych, by na miejscu pobłogosławić potrawy. Szybkie spopularyzowanie się tego rytuału wynikało z tego, iż polubiły go obie strony. Zwykle gospodarze czuli się w obowiązku nakarmienia proboszcza oraz napicia się wraz z nim nalewki. W efekcie po odwiedzeniu kilku domów duchowny ledwo trzymał się na nogach. Zaniepokojony takim obrotem sprawy biskup płocki Andrzej Stanisław Załuski w sporządzonym w 1733 r. piśmie do proboszczów zarzucał im, iż „zamiast poświęcić ogień i wodę, słuchać spowiedzi, itp., wszystko to opuściwszy, biegają po wsiach i domach i często ledwie zdążają na jutrznię”. Po czym w Wielką Niedzielę „niezdolni są nawet do odprawienia mszy św. ze zgorszeniem ludu i zniewagą stanu duchownego”.
Z kolei wierni uwielbiali tego dnia włóczyć się po kościołach, oglądając groby Pańskie. „Towarzystwa umawiają się tam, a tam spotkać, dowiedziawszy się wprzód, w których kościołach wystawa najwspanialsza” – opisywał zwiedzający Warszawę w czasach stanisławowskich Fryderyk Szulc. Przybywszy do świątyń, ludzie klękali, ostentacyjnie modlili przed Chrystusowym grobem, po czym siadali „zaraz na krzesłach wpatrując się w przechodzące tłumy, zaczepiając znajomych, rozmawiając o wielu niepobożnych przedmiotach itp.” – relacjonował.
Wreszcie nadciągał sobotni wieczór i wówczas, lub najpóźniej o świcie w niedzielę, odbywały się w kościołach rezurekcje. One także miały formę wystawnego widowiska. Podczas czytania Ewangelii pilnujący grobu Chrystusa prawdziwi żołnierze lub parobkowie przebrani za rzymskich legionistów musieli odgrywać pantomimę. W odpowiednim momencie udawać strach, oślepienie, paść plackiem na kościelną posadzkę, udając, że widzą zmartwychwstałego Chrystusa. W tym momencie bito w dzwony, a przed świątynią dawano salwę z przygotowanych na tę okazję armat. Jeśli okazywało się to możliwe, to dbano, żeby było ich 12. Ogólny huk potęgowali wokół kościoła wszyscy posiadacze muszkietów, pistoletów czy choćby petard. Zgodnie dołączając się do ogólnej palby.
Wybuch radości i zabawy kontynuowano o poranku przy stole zapełnionym potrawami. Za wzorcowe śniadanie, trzymające się tej reguły, należy uznać to z 1640 r. u księcia Mikołaja Sapiehy. W wielkanocną niedzielę domownicy i goście ujrzeli na stołach „cztery przeogromne dziki, to jest tyle, ile części roku; każdy dzik miał w sobie wieprzowinę, alias szynki, kiełbasy, prosiątka” – opisywał Jan Stanisław Bystroń. Do tego „dwanaście jeleni, także całkowicie upieczonych, ze złocistymi rogami, ale do admirowania, nadziane były rozmaitą zwierzyną, alias zającami, cietrzewiami, dropiami, pardwami. Te jelenie wyrażały dwanaście miesięcy”. Uczestnicy kulinarnej orgii mieli prawo czuć się wniebowzięci. Na deser czekały ich 52 różne ciasta – ile tygodni w roku oraz 365 identycznych babek, na każdy dzień jedna.
Po 40 dniach poszczenia obżarstwo mogło się skończyć tragicznie. Tradycją więc było, że wielkanocne śniadanie należało odchorować. Co nie przeszkadzało w kontynuowaniu przez dwa dni zabawy na całego – czego apogeum następowało w lany poniedziałek. Choć ten zwyczaj, jako jeden z nielicznych, trzyma się w Polsce mocno. Acz niegdyś w polewanie się wodą bawili się dorośli, a dziś głównie dzieci – podobnie jak wiele innych, wielkanocnych tradycji. Natomiast rodzice wybierają obżarstwo i nudę, czekając na koniec świąt, by potem w pracy od nich odpocząć.