Gdy sytuacja w Polsce zmierza w stronę głębokiego kryzysu, Kościół katolicki natychmiast wyrasta na rozjemcę. A o jego względy zaczynają zabiegać wszystkie zwaśnione strony.
Magazyn DGP z 15 września 2017r. / Dziennik Gazeta Prawna
W ciągu ostatnich miesięcy bojów Prawa i Sprawiedliwości o narodziny IV RP trzy fronty politycznej batalii stały się kluczowe dla tej partii.
Reklama
Pierwszy – to przejęcie kontroli nad sądownictwem. Co ma w końcu otworzyć drogę do narodzin nowego państwa.

Reklama
Drugi – to podniesienie kwestii reparacji wojennych od Niemiec. To pomysł na jednoczesne szachowanie Berlina i rodzimej opozycji. Każde wystąpienie rządu Niemiec w obronie praworządności w Polsce napotka teraz na kontrargument w postaci żądań odszkodowań. A jeśli opozycja będzie szukać wsparcia u kanclerz Angeli Merkel, to nie dość, że potwierdzi oskarżenia o zdradę interesu narodowego, to jeszcze narazi się na zarzut odbierania Polakom szansy na pozyskanie okrągłego biliona dolarów.
Trzeci – to potęgowanie lęku przed imigrantami. Wobec nacisków Komisji Europejskiej i wraz z doniesieniami mediów o kolejnych zamachach i gwałtach to czynność banalnie prosta. W efekcie rząd PiS jawi się jako jedyna tama zdolna obronić Polaków przed inwazją dziczy z Trzeciego Świata.
Po takim rozstawieniu figur na politycznej szachownicy z początkiem lata prezes Jarosław Kaczyński miał prawo liczyć, iż jesienią powie obozowi liberalnemu sakramentalne „szach” lub nawet „mat”.
Do tej partii trzeba trojga
„Szanowny Panie Prezydencie, pragnę podziękować za postawę zajętą w sprawie ustawy o SN i KRS” – napisał przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Stanisław Gądecki do Andrzeja Dudy, gdy ten ogłosił dwa weta. Dla kierownictwa PiS był to początek niespodzianek. W zeszłym tygodniu biskupi z zespołu ds. kontaktów z Konferencją Episkopatu Niemiec ogłosili, że polsko-niemieckie pojednanie „to wielka wartość, którą udało się osiągnąć i którą podtrzymujemy dzięki wysiłkowi nie tylko polityków, ale licznych ludzi dobrej woli po obu stronach granicy. Mamy jednak świadomość, że łatwo można ją utracić przez nieprzemyślane decyzje, a nawet przez zbyt pochopnie wypowiadane słowa”.
„Skończył się czas bezwarunkowego poparcia Episkopatu dla działań PiS. Coraz więcej polskich biskupów pokazuje Jarosławowi Kaczyńskiemu, że w swym rewolucyjnym zapale zabrnął za daleko” – stwierdził Andrzej Stankiewicz w artykule na portalu Onet.pl. Kościół katolicki słynie z dyskrecji i zdolności do zakulisowego wpływania na elity władzy. Nie jest też monolitem, dzieląc się na liczne frakcje, zaś biskupów łączą niezliczone nici towarzyskich powiązań ze światem polityki i biznesu. Stąd w Polsce rzadko udaje się uchwycić coś do końca jednoznacznego w postawie Kościoła wobec obozu rządzącego. Tym razem jest jednak inaczej. Dla PiS sytuacja jest niezręczna. Kościoła nie da się potraktować jak opozycji. W grę nie wchodzą ataki ze strony prorządowych mediów ani otwarty konflikt. Również ignorowanie na niewiele się zda, bo wygląda na to, że hierarchowie postanowili grać w jednej drużynie z Andrzejem Dudą. Co jest zrozumiałe, bo prezydent jest jedyną osobą posiadającą dość władzy, by blokować poczynania Prawa i Sprawiedliwości.
Tak zamiast prostej partii szachów Kaczyńskiego czeka zderzenie z instytucją, która wraca do – nieco zapomnianej – roli arbitra. Którego trzeba pozyskać. Prezydent Duda może ją wykorzystać do legitymizowania swoich poczynań przed elektoratem. Opozycja (poza programowo antyklerykalną) jest skazana na zabieganie o względy hierarchów, bo jedynie tak może znacząco wpłynąć na bieg wydarzeń. Przy czym w korytarzach biskupich pałaców może natknąć się także na przedstawicieli władzy. Bo rząd również jest skazany na starania o sympatię arbitra.
A to oznacza początek rodzenia się zupełnie nowego układu sił. Wprawdzie najciekawsze dopiero się wydarzy, lecz już teraz warto się przyjrzeć, jak ostatnim razem polski Kościół wywalczył sobie status arbitra, a następnie jak z tej roli się wywiązał.
Opium dla władzy
„Religia jest opium ludu” – napisał Karol Marks. Ale najwyraźniej nie miał on bladego pojęcia o polskich realiach. Po upadku I Rzeczpospolitej Kościół stał się ostoją nie tylko dla wiary, lecz także kultury i niepodległościowych aspiracji narodu. Przez cały XIX w. związek ten ulegał umocnieniu. Udowodnił on swoją siłę podczas II wojny światowej. Znaczenia Kościoła dla Polaków nie podważyły też prześladowania w czasach stalinowskich. Spoistości instytucji nie rozbił ani zainicjowany przez reżim ruch księży patriotów, ani masowe przymuszanie duchownych przez UB do współpracy. Łamanych wedle popularnego wówczas wśród ubeków porzekadła na: „korek (alkoholizm), worek (z gotówką) lub rozporek (ekscesy seksualne)”. Internowanie prymasa Stefana Wyszyńskiego nie zmusiło go do uległości, a uczyniło w oczach zwykłych ludzi niemal świętym. Zaś usunięcie lekcji religii oraz krzyży ze szkół tylko podsycało oburzenie wśród zastraszonych obywateli.
Gdy po śmierci Józefa Stalina rozpoczęła się odwilż i jesienią 1956 r. doszedł do władzy Władysław Gomułka, uwolnienie kardynała Wyszyńskiego stało się dla niego koniecznością. Widząc, że Kościół zyskał przewagę, prymas nie ustawał w dążeniach do odzyskania utraconych wpływów. Pod naciskiem Episkopatu w grudniu 1956 r. Ministerstwo Oświaty wydało rozporządzenie gwarantujące dostęp do nauki religii w placówkach państwowych dzieciom, których rodzice wyrażą takie życzenie. W efekcie rok później tylko ok. 13 proc. szkół w PRL nie miało na swym terenie krzyży i zajęć z religii.
Tak po siedmiu latach nieustannych ataków władz komunistycznych Kościół nie tylko odbił wszystkie utracone pozycje, ale też wyszedł ze starcia wzmocniony. Co nie uszło uwagi Gomułki. Wkrótce kardynał Wyszyński stał się największą obsesją genseka. Już pod koniec lat 50. reżim znów rozpoczął wojnę z krzyżami i lekcjami religii. Co zaowocowało zaskakująco silnym oporem rodziców – za wieszanie krzyży jesienią 1958 r. milicja aresztowała ponad 500 osób. Kilka szkół musiały odbijać oddziały ZOMO.
Kiedy wreszcie władza pozbyła się lekcji religii oraz wszelkich symboli wiary z placówek edukacyjnych, już w 1960 r. musiała się zmierzyć z nowym problemem. W licznych miejscowościach, w których przybywało mieszkańców, domagano się budowy nowych kościołów. Na co Gomułka nie chciał się zgodzić. Dlatego w kwietniu 1960 r. prawie 400 zomowców wspartych przez 15 samochodów opancerzonych musiało pacyfikować Nową Hutę. Zamieszki wybuchły po tym, jak lokalne władze usunęły krzyż z miejsca, gdzie mieszkańcy domagali się wzniesienia świątyni. Podobne incydenty w następnych latach nie należały do rzadkości. Reżim atakował, ale był bezsilny, bo zawsze natrafiał na taki opór wiernych, że nie miał odwagi pójść za ciosem.
Tylko jeden raz władze miały poczucie, że zyskują przewagę. Kiedy w listopadzie 1965 r., podczas obrad II Soboru Watykańskiego, 34 polskich biskupów podpisało list do biskupów niemieckich. „W tym jak najbardziej chrześcijańskim, ale i bardzo ludzkim duchu wyciągamy do was, siedzących tu na ławach kończącego się Soboru, nasze ręce, oraz udzielamy wybaczenia i prosimy o nie” – zaapelowali. Na zainicjowanie próby pojednania Polaków z Niemcami komuniści odpowiedzieli akcją propagandową, oskarżając prymasa o zdradę ojczyzny. Pamięć o niemieckiej okupacji była świeża i ten jeden raz reżim zdawał się mieć większy posłuch wśród wiernych.
Jednak nie na długo. Wyszyński idealnie wybrał moment na tak ryzykowny akt polityczny, bo wkrótce został on przykryty przez obchody tysiąclecia przyjęcia chrześcijaństwa przez Polskę. Celebrowano je cały 1966 r. Gomułka zawczasu więc nakazał fetowanie Tysiąclecia Państwa Polskiego. Odmawiając przy okazji papieżowi Pawłowi VI zgody na przybycie z pielgrzymką do PRL. Próba sił trwała wiele miesięcy. Władze organizowały wydarzenia sportowe, festyny, festiwale, zawsze w tym samym czasie, co uroczystości kościelne. Aby zademonstrować pryzmat nauki, rozpoczęto wielki program budowy placówek edukacyjnych pod hasłem „Tysiąc szkół na tysiąclecie”. Gdzie tylko na terenie kraju pojawiał się prymas Wyszyński, tam władze organizowały manifestację patriotyczną. Często zakończoną starciami wiernych z „patriotami”, wpieranymi przez Ochotniczą Rezerwę Milicji Obywatelskiej lub ZOMO. Najefektowniejsze walki stoczono w maju 1966 r. podczas procesji Bożego Ciała w Warszawie.
Miesiąc później, po milenijnej uroczystości we Fromborku, gdy prymas wracał z kopią jasnogórskiego obrazu Matki Boskiej do stolicy, został zatrzymany przez SB. Kopię powszechnie czczonej przez Polaków ikony, aresztowano. „Trudno więc zrozumieć, jak można w kulturalnym kraju, w XX w., który obchodzi Tysiąclecie swej chrześcijańskiej kultury, urządzać »polowania« na Obraz będący w czci religijnej całego Narodu” – napisał kardynał Wyszyński w proteście przesłanym premierowi Józefowi Cyrankiewiczowi.
Obsesja Gomułki na punkcie Kościoła i osoby kardynała osiągała szczyt. Była niemal jak narkotyk odbierający jasność myślenia. Kardynał Agostino Casaroli, późniejszy sekretarz stanu Stolicy Apostolskiej, zapisał, że Wyszyński stał się dla komunistów „czymś w rodzaju »świętego potwora«, o którym można było mówić i którego można było obgadywać, którego można było krytykować i atakować, ale który był niedostępny”.
Wahadło rusza w drugą stronę
Pod koniec lat 60. komunistyczny reżim stawał się coraz bardziej niepopularny. Im mocniej atakował Kościół, tym bardziej wzmacniał jego autorytet. Do tego w Krakowie wielką karierę zaczynał młody arcybiskup Karol Wojtyła, a tymczasem Gomułka musiał odejść po buncie robotników na Wybrzeżu. Krwawy grudzień 1970 r. ostatecznie przekreślił szansę komunistów na zminimalizowanie roli odgrywanej przez duchowieństwo w Polsce. W tej sytuacji władze uznały otwarte ataki na prymasa i kler za ryzykowne. Dlatego na polecenie nowego I sekretarza Edwarda Gierka już 23 grudnia 1970 r. premier Piotr Jaroszewicz zapowiedział w exposé normalizację stosunków z Kościołem. W praktyce starano się działać tak, by przeciwnika osłabiać i zarazem korumpować. Ku zaskoczeniu wszystkich 25 stycznia 1971 r. władze ogłosiły, że Kościół na Ziemiach Zachodnich otrzyma na własność 4 tys. świątyń i 1,5 tys. budynków. Państwo rezygnowało ze ściągania czynszu za ich użytkowanie (tego czynszu z polecenia Wyszyńskiego od dawna zresztą nie płacono i dług urósł do 111 mln zł). Mając do wyboru eksmisję proboszczów lub legalizację istniejącego stanu rzeczy, reżim wybrał to drugie.
Wówczas prymas upomniał się o zezwolenia na budowę nowych kościołów. Po załatwieniu tej sprawy na wokandzie stanęły kolejne: powrotu religii do szkół, zwolnienia kleryków z poboru do armii oraz zaprzestania dyskryminowania katolików w życiu publicznym. Zepchnięty do defensywy Gierek zlecił zespołowi ds. polityki wyznaniowej, który nadzorował Stanisław Kania, a także MSW, znalezienie sposobu na usunięcie prymasa. Pomimo gorliwych starań esbecji oraz słania skarg do Watykanu reżim niczego nie wskórał. A potem nadszedł 16 października 1978 r. O wyborze Karola Wojtyły na papieża pierwszy dowiedział się członek Biura Politycznego Stanisław Kania. Akurat pracował w gmachu KC, gdy na jego biurko trafiła depesza Reutersa. Natychmiast chwycił za telefon i zadzwonił do domu Gierka. Jak potem wspominał, usłyszał w słuchawce tylko okrzyk: „O rany boskie!”.
Kiedy zaledwie kilka miesięcy później Jan Paweł II wymusił swój przyjazd do PRL, reżim mógł się naocznie przekonać o rozmiarach swojej klęski. W czerwcu 1979 r. na mszę z papieżem przybyło ok. 10 mln ludzi. Witali go w pełnym porządku, bez incydentów, przestępczości, pijaństwa, przywar dnia codziennego. Kiedy Jan Nowak-Jeziorański zapytał później prymasa, o czym wówczas myślał, ten przypomniał sobie mszę w Warszawie. „A my tu jesteśmy w miejscu, które komuniści nazwali placem Zwycięstwa, i na tym placu, pod ich rządami, przed krzyżem, który oni sami postawili, polski papież odprawia Świętą Ofiarę” – odpowiedział.
Ostoja dla opozycji i władzy
„Przed wojną Kościół był wsteczny, a komunizm głosił idee postępowe, dziś jest odwrotnie” – mawiał w latach 70. Antoni Słonimski. Tak tłumacząc to, dlaczego on, przedwojenny antyklerykał, został felietonistą „Tygodnika Powszechnego”. Jedynego legalnego wysokonakładowego pisma, które dzięki temu, że wydawała je krakowska kuria, mogło pozwolić sobie na intelektualną niezależność.
Odrobina swobody sprawiała, że do Kościoła zaczęli lgnąć wszyscy, którym nie podobała się PRL, nawet zadeklarowani ateiści. Jacek Kuroń w 1975 r., pod pseudonimem Maciej Gajka, na łamach miesięcznika „Znak” oznajmił, że jest „chrześcijaninem ateistą”. Po powstaniu Komitetu Obrony Robotników Adam Michnik wydał w Paryżu książkę „Kościół, lewica, dialog”, w której postulował konieczność szukania przez środowiska opozycyjne wsparcia u duchowieństwa, niezależnie od własnego światopoglądu. „Ludzie lewicy laickiej muszą wreszcie pojąć, że religia i Kościół to nie przeżytki, to nie zjawisko przejściowe i gasnące, lecz nieusuwalny fragment społecznej, moralnej i intelektualnej rzeczywistości Polaków” – pisał. Wtórował mu na łamach emigracyjnego pisma „Aneks” Antoni Macierewicz, podkreślając, że w Polsce „Kościół jest najpotężniejszą partią, najgroźniejszym przeciwnikiem reżymu”.
Kiedy latem 1980 r. robotnicy wszczęli otwarty bunt, Kościół udzielił im wsparcia i ochrony, ale otwarcie do walki przeciw reżimowi się nie przyłączył. Pozostając nadal otwarty na „grzeszne” owieczki – w latach 70. liczba ludzi należących do PZPR przekroczyła 3 mln. Jeszcze Gomułka zabronił powierzania stanowisk kierowniczych tym, którzy nie odcięli się od wiary. Po tej decyzji każdego roku tysiące aparatczyków, funkcjonariuszy MO, SB i oficerów LWP potajemnie brało śluby w odległych parafiach i skrycie chrzciło dzieci. De facto partia w PRL została zdominowana przez zakamuflowanych katolików. Co stanowiło największy paradoks tamtych czasów. Z kolei jej kierownictwo musiało obnosić się z ateizmem, jak czynił to wyedukowany w gimnazjum zakonu marianów gen. Wojciech Jaruzelski.
Kardynał Wyszyński dobrze też pamiętał o losie powstania warszawskiego oraz inwazji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację. Dlatego gdy 24 sierpnia 1980 r. Stanisław Kania poprosił go o pilne spotkanie, pierwsze pytanie, jakie zadał, brzmiało: „A jak tam nasi ościenni?”. Wkrótce też uległ prośbie Edwarda Gierka, by Kościół wziął na siebie rolę mediatora w sporze ze zbuntowanym społeczeństwem.
Negocjator nie do zastąpienia
„Gdyby w wyniku zaniedbań z mojej strony albo też nieodpowiednich posunięć zginął choć jeden Polak, chociaż jeden młody chłopiec, nie darowałbym sobie tego nigdy” – mówił Wyszyński w marcu 1981 r. podczas spotkania z Lechem Wałęsą. Od momentu powstania Solidarności głównym pośrednikiem między związkiem oraz środowiskami opozycyjnymi a władzą stał się właśnie Kościół. Początkowo była to rola mediatora, lecz obie strony coraz mocniej uzależniały się od niego. Nie zmieniła tego nawet śmierć kardynała Stefana Wyszyńskiego w maju 1981 r. ani to, że jego następcę – kardynała Józefa Glempa – trudno uznać za wybitnego polityka.
„Na podstawie kontaktów, jakie miałem z najważniejszymi funkcjonariuszami państwowymi, łatwo mogłem zrozumieć, że paradoksalnie śmierć kardynała oznaczała dla rządu utratę mocnego punktu oparcia, gdy trzeba było szukać jakiejś drogi wyjścia z sytuacji” – zapisał papieski wysłannik Agostino Casaroli. To najlepiej pokazywało, jak dalece reżim osłabł. Nie zmieniło tego nawet wprowadzenie stanu wojennego, rozbicie Solidarności i zepchnięcie opozycji do podziemia. Gdy grupa funkcjonariuszy aparatu bezpieczeństwa porwała i zamordowała księdza Jerzego Popiełuszkę, zdarzyła się rzecz bez precedensu w krajach Bloku Wschodniego – bezpośrednich sprawców postawiono przed sądem i skazano, zaś gen. Jaruzelski oraz szef MSW gen. Czesław Kiszczak nieustannie dawali do zrozumienia, iż była to prowokacja mająca osłabić ich pozycję w partii.
Nieukrywający nienawiści do Kościoła rzecznik rządu Jerzy Urban zanotował: „Oto Jaruzelski rozmawia z papieżem. Po zakończeniu jest ogromnie zadowolony: »Tyle zrozumienia, taka wspólnota myśli«. Rakowski zostaje premierem i jedzie do Glempa – ach, jakże Glemp popiera jego misję, jaka wspaniała rozmowa, jak jego eminencja wszystko rozumie, jak szeroko aprobuje zamierzenia rządu. No i tak ci w sutannach robili naszych w bambuko”. Po drugiej stronie ówczesnej barykady Adam Michnik w 1987 r. na łamach „Krytyki” ogłaszał własne wyobrażenie Kościoła jako „rzecznika polskości w świecie sowietyzacji; rzecznika suwerenności w świecie powszechnego zniewolenia; rzecznika ciągłości historycznej wśród niszczycielskiego nihilizmu praktyk totalitarnej rewolucji”.
Kiedy więc strona opozycyjna rozpoczynała rozmowy z władzą we wrześniu 1988 r., w Magdalence rej wodzili biskup Tadeusz Gocłowski, arcybiskup Bronisław Dąbrowski i ksiądz Alojzy Orszulik. Oddelegowani tam przez prymasa. Również pół roku później nie zabrakło obserwatorów kościelnych przy Okrągłym Stole. Kiedy przywódcy PZPR oraz główne siły opozycji negocjowali warunki dzielenia się władzą. „Kościół składał nam różne obietnice, których nie dotrzymywał. Przed i w czasie obrad przy okrągłym stole występował np. jako gwarant trwałości umowy między władzą a opozycją” – sarkał Urban.
Odmienność demokracji
Czując się oszukany przez biskupów, Urban założył tygodnik „Nie”, którego głównym celem stała się walka z Kościołem (dzięki czemu został milionerem). Również innych polityków upadającego reżimu nie spotkała krzywda. Świetnie odnaleźli się po 1989 r., co nie przeszkadzało im w żaleniu się, że zostali przez arbitra oszukani. Kościół też nie miał za wiele powodów do radości, bo politycy w III RP arbitrów nie potrzebowali. Przydawał się jedynie partiom prawicowym, które niszczyły się w gorących wewnętrznych sporach. Przy czym apele hierarchów o odrobinę rozsądku nie skutkowały.
Nowa rzeczywistość zaskoczyła Kościół. Kiedy próbował realizować swoje cele, natrafił na opór wielu swych dawnych podopiecznych. Zarówno tych z obozu postkomunistycznego, jak i postsolidarnościowego. Stało się to widoczne już wiosną 1990 r. podczas batalii o przywrócenie nauczania religii w szkołach. „Jeszcze gwałtowniejsze spory niż szkolna katechizacja czy proces odzyskiwania majątku utraconego przez Kościół wywołał problem dopuszczalności aborcji, na której przeprowadzanie pozwalała, atakowana od lat przez duchowieństwo, niezwykle liberalna ustawa z 1956 r.” – opisuje Antoni Dudek w „Historii politycznej Polski 1989–2005”.
Rozgoryczony zachodzącymi w ojczyźnie przemianami Jan Paweł II w 1995 r. pisał do redaktora naczelnego „Tygodnika Powszechnego” Jerzego Turowicza: „Odzyskanie wolności zbiegło się paradoksalnie ze wzmożonym atakiem sił lewicy laickiej i ugrupowań liberalnych na Kościół, na Episkopat, a także na Papieża. (...) Mnożyły się oskarżenia o klerykalizm, o rzekomą chęć rządzenia Polską ze strony Kościoła, czy też o hamowanie emancypacji politycznej polskiego społeczeństwa”.
Przez trzy dekady III RP Kościół, choć znajdował się w centrum politycznych przetasowań, wiele stracił ze swojego autorytetu. Szczególnie osłabił go duopol PO-PiS, gdy oba początkowo konserwatywne stronnictwa usiłowały przeciągać na swoją stronę hierarchów. Często rozgrywając ich przeciwko sobie. Co dawnego arbitra mogło sprowadzić do roli narzędzia polityków. Do tego jednak nie doszło. Ostatnia dekada ukształtowała w Polsce dwa zamknięte obozy, oddzielone od siebie wysoką barykadą.
Mimo to Kościół (jak u schyłku PRL), jako całość, nie stał się stroną w sporze. Choć wielu wpływowych duchownych jednoznacznie wsparło jedną ze stron. Ten stan rzeczy może teraz zaprocentować, jeśli idzie o wzrost wpływów samej instytucji. Niestety nie sposób określić, czy współcześni liderzy Kościoła w Polsce są politykami równie zręcznymi, jak niegdyś kardynałowie Wyszyński i Wojtyła. Tak, by ułatwić Polsce bezpieczne przejście przez czas burz do nowej, politycznej rzeczywistości. Zwłaszcza jeśli jej finalnego kształtu dziś nikt nie potrafi przewidzieć.