Kronos Quartet wystąpił w warszawskim Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN, wykonując m.in. kompozycję "Different Trains" Steve'a Reicha, a także światowe prawykonanie utworu Aleksandra Kościowa "Hilathi". Warszawski koncert kwartetu smyczkowego, dowodzonego przez skrzypka Davida Harringtona, zakończył się wykonaniem pieśni "Strange Fruit", śpiewanym przez Billie Holiday protest-songiem przeciwko rasizmowi.

PAP: Zapowiadając "Strange Fruit" powiedział pan, że to utwór klucz do zrozumienia sytuacji polityczno-społecznej we współczesnych Stanach Zjednoczonych. Czy tak niewiele zmieniło się w Ameryce, że piosenka z lat 30. pozostaje aktualna również w 2016 r.?

David Harrington: "Strange Fruit" to piosenka-niepiosenka, piosenka-manifest, hymn. Jest niezwykła. Dla mnie to klucz do zrozumienia amerykańskiego problemu.

Chciałem zagrać ten utwór od zawsze, myślę o nim od jakiś 35 lat, bo "Strange Fruit" nie jest stałym elementem naszego repertuaru - w Warszawie zagraliśmy go dopiero po raz trzeci. Po raz pierwszy - w Teksasie, jakiś miesiąc temu. Występowaliśmy razem z Rhiannon Giddens i na koniec zagraliśmy "Strange Fruit". Namawiałem Rhiannon, żeby zaśpiewała ją z nami, ale odmówiła, tłumacząc, że nie czuje się na siłach.

PAP: 35 lat? Dlaczego tak długo to zajęło?

D.H.: Musiałem dojrzeć i poczuć, że naprawdę możemy to zagrać. Że jesteśmy wyposażeni w moralny kompas, pozwalający na zagranie tego utworu. Chwila wydała się właściwa. Wcześniej nie byłem na to gotowy. Noszę w głowie brzmienie głosu Billie Holiday od 50 lat.

W Austin, Texas odbyłem jedną z najważniejszych prób w moim życiu. Przygotowując się do występu, ćwiczyłem melodię i szukałem różnych sposobów modulowania dźwięku za pomocą smyczka. Nauczyłem się tak wielu rzeczy o wykorzystywaniu smyczka i moich mięśni do wytwarzania dźwięku. Jak dotąd podczas koncertu, nie udało mi się jeszcze odtworzyć tego, co podczas tej próby zagrałem. Ale wiem, że jestem w stanie to zrobić. Wiem, że moje ciało to potrafi. Być może podczas koncertu w Warszawie zbliżyłem się odrobinę do tego mojego ideału.

Niestety, do zagrania "Strange Fruit" potrzebny był również odpowiedni kontekst polityczny, społeczny, w którym rasizm jest wciąż silnie obecny w amerykańskiej codzienności. Rasizm to wciąż wielki, nierozwiązany problem Ameryki. Brzydzi mnie już samo wypowiadanie nazwiska Trump, ale problem nie na tym polega, nie o niego chodzi. Niestety, otacza się naprawdę niebezpiecznymi ludźmi, a potem napuszcza ich na siebie nawzajem. Zawsze dostaje, czego chce - to jego specjalność. Mam głęboką nadzieję, że amerykańskie instytucje i kultura będą w stanie się temu przeciwstawić. Muzycy, twórcy także muszą się temu przeciwstawić, muszą się zaangażować. Kronos Quartet nie tylko przetrwa, ale także znajdzie najwspanialszą muzykę z każdego zakątka świata. Skoro już musimy obcować z Trumpem, to chociaż otoczmy go wspaniałą muzyką.

Kronos Quartet: NPR Music Tiny Desk Concert

PAP: Kronos Quartet od lat zaciera granice między światem muzyki poważnej, a popkulturą. Jak postrzega pan dziwną relację między tymi estetykami?

D.H.: Przede wszystkim, nigdy nie trzymałem niczyjej strony, ani nie uczestniczyłem w żadnym konflikcie. Zawsze chciałem tylko znaleźć najbardziej niesamowite muzyczne doświadczenia, jakie są nam dostępne. Jeśli dorastałeś z zestawem perkusyjnym i elektryczną gitarą, to jest twoje brzmienie. Ale jest tak wiele sposobów wyrażania się; można pisać numery hip-hopowe, opery, symfonie. Jest w świecie wystarczająco miejsca, żeby pomieścić je wszystkie. Wszystkie są też równie ważne. Jedne mnie pociągają, inne nie - to kwestia mojej natury. Nie potrafię tego wyjaśnić, nie mam nad tym żadnej kontroli. Tak się po prostu dzieje.

PAP: To trzymanie się stylistycznych szufladek przypomina mi aferę, jaka wynikła po przyznaniu literackiej Nagrody Nobla Bobowi Dylanowi. Masa pisarzy, między nimi choćby Jonathan Franzen, burzyła się: przecież Dylan nie wydaje książek, nie jest "prawdziwym" pisarzem! Nikt nawet nie dyskutował nad tym, czy jego teksty są wystarczająco dobre na Nobla.

D.H.: Ale Dylan wydawał książki - "Tarantulę" i "Kroniki". Na litość boską, jeśli sięgnie się wystarczająco daleko wstecz w historii literatury, okaże się, że prawie każdy był pieśniarzem. Homer był pieśniarzem! W wielu krajach tradycja muzyki ludowej opierała się właśnie na oralnych przekazach wydarzeń historycznych. Dla mnie to coś zupełnie naturalnego, że po tylu latach literacka Nagroda Nobla trafiła do pieśniarza-barda-poety. Byłem zachwycony. No i teraz mamy w repertuarze piosenki literackiego noblisty. W Warszawie zagraliśmy jego "Don't Think Twice, It's Alright".

PAP: Niekonwencjonalne, niekoniecznie akademickie wydaje mi się nie tylko państwa podejście do repertuaru, ale także do samego używania instrumentów klasycznych.

D.H.: Moim instrumentem jest cały kwartet. Dochodziłem do tego przez wiele lat, ale w końcu to pojąłem. Gram na skrzypcach, ale - żeby być częścią tego zespołu - muszę słuchać wszystkiego w tym samym czasie, reagować na pozostałych członków kwartetu. Nigdy nie słucham samego siebie, nie skupiam się na sobie. Tak było odkąd, jako 12-latek, usłyszałem po raz pierwszy kwartet smyczkowy Beethovena. Od razu wiedziałem - to jest to. Chcę wytwarzać taki dźwięk. Szukam tego typu muzyki, która ma w sobie coś wyjątkowego.

Wracając do "Strange Fruit", dziś rozmawiałem przez telefon z żoną i mówiliśmy o Abelu Meeropolu - autorze "Strange Fruit" - który był komunistą w latach 30. i w dodatku adoptował dwóch synów Juliusa i Ethel Rosenbergów, straconych w 1953 r. jako para szpiegów na rzecz Związku Radzieckiego. Było w tym człowieku coś niewiarygodnie delikatnego i szlachetnego. A większość ludzi nawet nie zna jego nazwiska, nie wie nawet, że to on jest autorem "Strange Fruit". Wszyscy myślą, że to piosenka Billie Holiday. W końcu ona także zaczęła w to wierzyć.

PAP: W sumie miała rację. Gdyby tę piosenkę zaśpiewała w tym samym czasie i miejscu np. Lena Horne czy Sarah Vaughan, to nie byłoby to samo. To musiała być Billie Holiday.

D.H.: Dylan powiedział kiedyś, że najlepszą wersję jego "All Along the Watchtower" nagrał Jimi Hendrix, który zagrał także najlepszą wersję "Gwieździstego Sztandaru" w historii.

PAP: Dylan powiedział też, że nikt nie bił brawo, gdy Holiday po raz pierwszy zaśpiewała "Strange Fruit" w nowojorskim Cafe Society, pierwszym zintegrowanym rasowo lokalu w mieście. W ogóle niespecjalnie lubiła ją śpiewać publicznie - to dołująca piosenka, zupełnie nie do tańca, nie do beztroskiej zabawy. Poza tym, co miałaby zaśpiewać jako następne, po "Strange Fruit"? "April in Paris"? "Fine and Mellow"?

D.H.: Trzeba też uświadomić sobie, że Billie Holiday śpiewająca w tamtym czasie, w tamtym społeczeństwie amerykańskim tę piosenkę-manifest, ten hymn, to było naprawdę niebezpieczne zdarzenie.

Rozmawiał Piotr Jagielski (PAP)