Nic nie może wiecznie trwać”, śpiewała niegdyś Anna Jantar – i znakomita passa skandynawskiego kryminału na polskim rynku także z wolna się kończy. Może decydują o tym prawa ekonomii (podaż jest większa niż popyt), może siła przyzwyczajenia (ach, ta monotonia krwawych rodzinnych dramatów), a może zdecydowany zwrot w stronę własnych spraw i własnego podwórka (po co nam pranie szwedzkich brudów, skoro mamy tyle swoich). W każdym razie skandynawskie kryminały nie budzą już takich emocji, jak to bywało przed dekadą czy jeszcze przed pięcioma laty.

Wspominam o tym właściwie z przekory, bo pisarze o ugruntowanej pozycji wciąż trzymają klasę. Chociaż w wypadku Islandczyka Arnaldura Indriðasona chodzi raczej o nadrabianie naszych czytelniczych zaległości: świeżo u nas wydana „Hipotermia”, ósma powieść z cyklu o komisarzu Erlendurze (dwie pierwsze w ogóle nie ukazały się po polsku), pochodzi oryginalnie z roku 2007, od tego czasu autor „Grobowej ciszy” zdołał opublikować jeszcze pięć części serii.

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Indriðason konsekwentnie pisze w tonacji molowej – gdyby pokusić się o zestawienie najbardziej depresyjnych kryminałów ostatnich lat, jego powieści zajęłyby czołowe miejsca. Dojmujący, choć niewymuszony smutek tej prozy jest swego rodzaju projektem artystycznym: na Islandii raczej nie popełnia się spektakularnych zbrodni, wymaga to od prozaika rezygnacji z dynamiki na rzecz subtelnej analizy psychologicznej. Indriðason czuje się jak ryba w wodzie w tym świecie – świecie, w którym naczelnymi emocjami są strata, niespełnienie i poczucie winy. Taka jest też „Hipotermia”, rzecz o samobójstwie. Kobieta w średnim wieku odbiera sobie życie, zaś Erlendur, wiedziony wyłącznie intuicją, prowadzi w tej sprawie prywatne śledztwo; nie tyle wątpi w samobójczą śmierć, ile pragnie się dowiedzieć, co do niej doprowadziło. Bo śmierć – a raczej ścieżka ku niej prowadząca – jest po prostu ciekawa.

W „Hipotermii” Indriðason nie zaskakuje, ale też nie zawodzi – dostaniecie to, czego się spodziewacie. Ciekawiej sprawy się mają z „Żywymi i umarłymi w Winsford”, nową powieścią Hakana Nessera. Jeden z pionierów skandynawskiego boomu zawsze trzymał się na uboczu głównego nurtu – jego kryminały z komisarzem Van Veeterenem miały w sobie symboliczną prostotę powiastki filozoficznej, jego cykl o inspektorze Barbarottim przechodził płynnie od konwencji noir do prozy obyczajowej. „Żywi i umarli...” potwierdzają pisarską oryginalność szwedzkiego twórcy.

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Ta książka, historia o radykalnej ucieczce od dotychczasowego życia, z lekkością łączy elementy pozornie nieprzystające: powieść gotycką, horror, Künstlerroman, satyrę społeczną. Jest tu wprawdzie intryga kryminalna spajająca narrację, ale „Żywi i umarli...” to nie kryminał, ani trochę, to raczej improwizacja na temat ceny, jaką trzeba zapłacić za egzystencjalną wolność (odbywa się to nie tylko swoim, lecz także cudzym kosztem). Oto do małej wioski w południowo-zachodniej Anglii przybywa tajemnicza kobieta i wynajmuje dom uważany przez miejscowych za przeklęty. Ta kobieta – zarazem narratorka – chce się ukryć. Dlaczego i przed kim? Rozwiązanie tej zagadki jest częścią pełnej gorzkiego humoru gry, jaką Nesser prowadzi z czytelnikiem.

Hipotermia | Arnaldur Indriðason | przeł. Jacek Godek | W.A.B. 2016

Żywi i umarli w Winsford | Hakan Nesser | przeł. Małgorzata Kłos | Czarna Owca 2016