Próba przewidzenia, który z reżyserów trafi w przyszłości do panteonu największych twórców kina, wymaga jednocześnie choćby pobieżnego podsumowania ostatniego ćwierćwiecza w polskiej kinematografii. Karkołomne zadanie.

Niemal nikomu nie udało się uchwycić tego, co działo się w naszych głowach po 1989 roku. Kino zachłysnęło się gangstersko-knajackim sztafażem, nieudolnie próbowało opisać rodzącą się polską mafię, czasami sięgało po jakieś polityczne historie, na których potykali się nawet utalentowani twórcy. Jeśli przyjrzymy się bliżej filmom zrealizowanym krótko po transformacji, może okazać się, że najlepiej ducha tamtych czasów uchwycili Władysław Pasikowski w „Psach” oraz twórcy serialu „W labiryncie”, co na dobrą sprawę jest konstatacją dość przerażającą. A później filmowców zaczęły interesować zupełnie inne zjawiska, próbowali mierzyć się z kolejnymi gatunkami kina popularnego, odsłaniać zakazane przez peerelowską cenzurę tajemnice historii, a jednak po 1989 roku nie doczekaliśmy się zjawiska na miarę Polskiej Szkoły Filmowej czy kina moralnego niepokoju. Mieliśmy jednorazowe olśnienia i piękne kariery, kręcone za prywatne pieniądze gnioty i skromne arcydzieła. Siłą rzeczy dla każdego z widzów ten prywatny kanon będzie wyglądał inaczej, więc i ja pokuszę się jedynie o wspomnienie kilku twórców i filmów, o których publiczność za parę dekad nie zapomni.

Przyszłego kanonu – nie tylko filmowego, ale i kanonu polskiej kultury w ogóle – nie wyobrażam sobie przede wszystkim bez filmów Krzysztofa Krauzego i Joanny Kos-Krauze. Bez oskarżycielskiego „Długu” – na marginesie dowodu, że film naprawdę jest w stanie zmienić rzeczywistość – bez przenikliwości „Placu Zbawiciela”, bez subtelnych artystycznych portretów „Mojego Nikifora” i „Papuszy”. Długo zastanawiałem się nad nazwiskami, które w tym futurystycznym kanonie znaleźć się powinny, ale Krauze trafił na listę od razu, bez wahania. I trudno mi uciec od myśli, że jego przedwczesna śmierć w symboliczny sposób zamknęła pierwsze ćwierćwiecze kina wolnej Polski.

Wierzę, że podręczniki historii kina pisane za lat kilkadziesiąt nie obejdą się bez głębokiej analizy dzieł Wojciecha Smarzowskiego i Małgorzaty Szumowskiej. Dziś to być może najzdolniejsi reżyserzy polskiego kina, obdarzeni niezwykłym instynktem, świadomie wybierający drogę twórczą, nawet jeśli popełniają błędy, to ich filmy zostają w głowie na długo, uwierają, pobudzają publiczną debatę, nie pozwalają na zero-jedynkowe oceny. Kino Smarzowskiego uwielbiam bezkrytycznie, „Różę” uważam za jeden z najpiękniejszych filmów w całej historii polskiego kina. Do dzieł Szumowskiej nieraz miałem zastrzeżenia, ale przecież każdy jej film to wydarzenie.

Nie wyobrażam sobie, by w niepamięci miały zniknąć filmy Marka Koterskiego, zwłaszcza „Dzień świra” i „Wszyscy jesteśmy Chrystusami”, rozdzierająco szczere portrety zmarnowanej polskiej inteligencji. Na pokolenia zostaną wspaniała „Ucieczka z kina Wolność” Wojciecha Marczewskiego, „W ciemności” Agnieszki Holland z wielką rolą Roberta Więckiewicza, oscarowa, piękna „Ida” Pawła Pawlikowskiego.

A przede wszystkim wierzę, że dobra passa polskiego kina, jaką z dumą możemy obserwować w ostatnich latach, będzie trwać długo. I filmy, które w przyszłości tworzyć będą kulturalne kanony, dopiero powstaną.