Filozofka Ewa Majewska jest autorką, która z książki na książkę coraz lepiej próbuje wyrazić swoje przesłanie. Chce zmienić sposób patrzenia na politykę oraz na to, co kiedyś było polityką, a dziś jest historią najnowszą. Majewska nie jest w tym dziele (na szczęście) osamotniona. Na naszych oczach coraz więcej autorów i autorek próbuje politykę odmitologizować: ściągając ją z wyimaginowanych półboskich wyżyn na ziemię. Czyli dokładnie tam, gdzie jest tej demokratycznej polityki miejsce.

Aby zrozumieć, o co chodzi Majewskiej i innym, warto wyjaśnić najpierw, z czym walczą. Dziś jest tak, że mówiąc i pisząc o polityce, bardzo wielu autorów po prostu puszcza się poręczy. Snują swoją oderwaną od materialnej rzeczywistości historię wielkich wydarzeń. Gdy mówimy o czasach dawniejszych, będą to oczywiście dzieje bitew i wielkie dynastyczne alianse. Im bliżej współczesności, tym bardziej historia będzie równoznaczna z gąszczem gabinetowych gier na polu dyplomacji albo parlamentu. Kto tak pisze? Lepiej byłoby zapytać, kto tego… nie robi. W średniowieczu działali tak, powiedzmy, Gall Anonim czy Wincenty Kadłubek. Dziś ich odpowiednikiem są książki o III RP autorstwa Antoniego Dudka („…i wtedy PPChD połączyło się z SKL-em”) albo Roberta Krasowskiego (polityka jako starcie wielkich politycznych tytanów, któremu maluczcy mogą się tylko przyglądać). I tak jak w średniowieczu kroniki i eposy rycerskie spełniały funkcje propagandowe (uzasadnić panowanie jednej dynastii nad drugą), tak dziś opowiastki o wielkich ludziach mają ululać liberalno-konserwatywną publiczność w błogim przekonaniu, że polityka jest gdzieś tam, daleko. I ci współcześni półbogowie jakoś to ogarniają. Gdzież nam maluczkim do tego aspirować?

A Ewa Majewska należy do tych, którzy chcą mówić o historii i polityce zupełnie inaczej. Według niej nie należy ich mylić z mitologią, którą zamieszkują półbogowie czy herosi. Polityka zawsze jest bowiem robiona przez zwykłych ludzi. W swojej nowej książce Majewska ilustruje to na przykładzie dwóch wydarzeń z historii Polski: wczesnej Solidarności z lat 1980–1981 i Czarnych Protestów 2016–2018. Dobór tych wydarzeń oddaje jeszcze jeden charakterystyczny rys pisarstwa Majewskiej. Filozofka chce bowiem nie tylko pokazać, że historia jest robiona przez zwykłych i słabych ludzi. Jej celem jest podkreślenie, iż bardzo często w tej roli występują zwykłe i słabe kobiety. Bohaterem opowieści Majewskiej jest więc podwójnie wykluczona uboga Polka: raz, z powodu swojej płci, dwa – ze względu na swój niski status społeczny robotnicy – pracownicy. Ale w ostatecznym rozrachunku to ona właśnie robi historię.

Majewska pisze, że geneza Solidarności i Czarnych Protestów to geneza sprawczości politycznej tych, którzy – jak sklepikarz w „Sile bezsilnych” Václava Havla – świetnie wiedzieli, że imperia są mocne i niepokonane. Więc tym, co im pozostaje, jest opór słabych, opór prostych czynności, przekształcający się jak lawina w opór masowy, z którym muszą się już liczyć również imperia. Tak było w czasach Anny Walentynowicz i Aliny Pieńkowskiej. Tak jest w czasach Dziewuch. I tak będzie w przyszłości przy jakiejś innej okazji.

Jasne, że tej książce można zarzucić akademickie przegadanie. Zwłaszcza że od pewnego momentu wytaczanie kolejnej kolubryny postkolonializmu czy (słuszne skądinąd) odzieranie mieszczucha Habermasa z resztek autorytetu u ludzi lewicy, niewiele już wnosi. To dla wielu czytelników nieczytelne i niepotrzebne. „Wczesna «Solidarność» i Czarne Protesty” tego nie potrzebują. Właśnie dlatego, że to wszystko, o czym teoretyzowali Gayatri Spivak i Oskar Negt, u nas się zdarzyło. Naprawdę. I bardzo dobrze, że Majewska to opisała.