statystyki

Błędny rycerz na ziemi niczyjej: Wywiad z twórcą książek o Jacku Reacherze

autor: Piotr Kofta25.05.2018, 07:11; Aktualizacja: 25.05.2018, 08:04
Jack Reacher

Jack Reacherźródło: Materiały Prasowe
autor zdjęcia: Paramount Pictures

Kiedy piszesz powieść, jesteś scenarzystą, reżyserem i gwiazdą, wszystko w jednym. Na dodatek z nieograniczonym budżetem – mówi Lee Child, twórca popularnego cyklu książek o Jacku Reacherze

Kiedy 1 września wasze dzieci, pożegnawszy wakacje, potulnie drepczą do szkół i przedszkoli, pewien wysoki pan po sześćdziesiątce zasiada przed komputerem w swojej nowojorskiej pracowni i, jak sam mówi, „czeka na to, co się wydarzy”. Robi to co roku od ponad 20 lat. Książki, które napisał, stosując się do tego rozkładu jazdy (startuje we wrześniu, kończy na wiosnę), sprzedały się w ponad 100 mln egzemplarzy. – To jest trochę gra z matematyką i prawdopodobieństwem – mówi Lee Child. – Przed rozpoczęciem pisania dysponujesz praktycznie nieograniczoną liczbą możliwych rozwiązań, pierwsze zdanie eliminuje jakąś część z nich, a potem, w miarę postępu prac, to się tylko zawęża i zawęża, aż do jedynego prawdopodobnego końca. Ale zaczynasz od miliona wariantów.

To się może udać nawet 22 razy z rzędu, o ile prócz talentu, pracowitości i dobrych chęci masz jeszcze szczególnego rodzaju Wunderwaffe: Jacka Reachera. Reacher – niemal dwumetrowy, 120-kilowy olbrzym, były oficer śledczy żandarmerii wojskowej, wędrujący po Ameryce to jeden z najciekawszych bohaterów współczesnej popkultury.

Jak połamać nogi szefowi

Zanim Lee Child wymyślił Reachera, musiał wymyślić na nowo sam siebie. W 1995 r. był jeszcze Jimem Grantem, pracownikiem brytyjskiej telewizji Granada, głównej stacji konkurującej z BBC. Pracował tam przez blisko dwie dekady, ale w połowie lat 90. zaczęły się zwolnienia i cięcia, zaś dotychczasowe fundusze na produkcję szły na apanaże menedżerów. Grant zaangażował się w ruch związkowy i rozpoczął walkę o prawa pracownicze. „Siedziałem na tych koszmarnych spotkaniach i chciałem połamać szefowi nogi” – opowiadał w jednym z wywiadów. – „Ale oczywiście nie możesz ot tak sobie połamać komuś nóg. Oddajesz się więc rozważaniom: Jak mógłbyś to zrobić inaczej? Gdzie znaleźć ludzi, którzy zrobiliby to za ciebie. Ile im zapłacić? I jak im zapłacić, żeby nikt nie był w stanie namierzyć twoich pieniędzy?”.

W maju 1995 r. wziął urlop i wyjechał z żoną na tygodniowe wakacje do Hiszpanii. Po powrocie znalazł na automatycznej sekretarce wiadomość: „Zwalniamy cię. Nie masz po co przychodzić do pracy”. – Wyrzucili mnie, bo byłem związkowcem. Wyleciałem z wilczym biletem. Pozbawiono mnie szans na ponowne zatrudnienie w branży – opowiada Child. – Zresztą i tak nie było sensu tam zostawać, biznes telewizyjny wchodził wtedy w fazę ponurej degeneracji, a praca w takich warunkach, z takim kierownictwem, z takimi żałosnymi budżetami byłaby zwyczajną męczarnią.

źródło: Dziennik Gazeta Prawna


Pozostało jeszcze 76% treści

Czytaj wszystkie artykuły na gazetaprawna.pl oraz w e-wydaniu DGP
Zapłać 97,90 zł Kup abonamentna miesiąc
Mam kod promocyjny

Reklama

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Redakcja poleca

Galerie