Debiut Martyny Bundy jest zaskakujący, nie dlatego że jest tak dojrzały, przemyślany, precyzyjny, ale z tego powodu, że zmusza do pytania: gdzie autorka była wcześniej, czemu dopiero teraz daje nam tę opowieść, z jakiej przyczyny tak długo się przed nami skrywała? Oczywiście z takiej, że najpierw zajmowała się pracą reporterską, a potem redaktorską, a żadna z nich nie daje czasu na poświęcenie się pisaniu prozy. Ale jednocześnie nie mam wątpliwości, że właśnie warsztat reporterski dał jej umiejętność okiełznania języka i pisania w sposób barwny, sugestywny, lecz wyzbyty zupełnie efekciarstwa, raczej opisowy niźli metaforyczny. Zaś doświadczenie redaktorskie dało jej dystans do własnego tekstu i świadomość, że język literacki czasami trzeba trzymać na smyczy, zaś świetna opowieść nie potrzebuje wcale kwiecistości, by być wiarygodną i przejmującą.

„Nieczułość” – swoją drogą kapitalny tytuł – jest powieścią skonstruowaną, owszem, ze znanych elementów, przywodzącą na myśl święcącą triumfy w latach dziewięćdziesiątych zeszłego wieku prozę mitograficzną, ale jednocześnie daje nam, osobliwie na tle współczesnej literatury, kojący powiew. Otóż najważniejszą dla mnie zaletą tej książki – jakkolwiek to brzmi – jest absolutny brak w niej najmniejszego szantażu emocjonalnego. Literatura zahaczająca bowiem o wojenną traumę, powojenną biedę, komunistyczną opresję, literatura zajmująca się niedolą samotnych kobiet, bądź kobiet doświadczonych traumatycznymi przeżyciami osobistymi może nieświadomie nawet, a często niestety z premedytacją, popaść w rodzaj epatowania cierpieniem. Nie ukrywajmy – żyjemy w czasach, kiedy nieszczęście ludzkie bywa atrakcyjną przynętą na czytelnika – tutaj nie ma ani grama takiego myślenia i ani jedno zdanie nie powstało po to, aby nami cynicznie wstrząsnąć, z zamysłem nas przejąć, sprytnie wycisnąć łzę wzruszenia. Ta historia kaszubskich kobiet z powieściowej Dziewczej Góry, gdzieś koło Kartuz, skąd przecież pochodzi autorka, jest szczera i paradoksalnie radosna.

Kartuzi to zakon o niebywale surowej regule, zdaje mi się, że Martyna Bunda z iście kartuską dyscypliną podeszła do pisania tej książki, nie pozwalając sobie na poddanie się pokusie łatwości, uwodzenia czytelnika (choć przecież mamy do czynienia z prozą wielkiej urody), prowadzenia gry znaczonymi kartami, w tej historii kaszubskich kobiet nie ma też żadnego błysku melodramatyzmu, żadnego kiczu, który zdarza się w takich mitograficznych opowieściach aż nazbyt często. Jest Bunda już pisarką w pełni świadomą swych możliwości, panującą nad materią słowa z mistrzowską precyzją i z pełną świadomością wszelkich pułapek czyhających na każdego, kto porywa się na pisanie rodzinnej sagi. A dzięki sprawności pisarki, jej usunięcia się na bok, tak by autor nie był widoczny, nie przypominał nam nieustannie o swoim istnieniu, „Nieczułość” się nawet nie tyle dobrze czyta, ile płynie się przez nią, jak przez spokojne morze – bezkresne, ale nie sztormowe.

Jedna rzecz mnie w „Nieczułości” ujęła i wzruszyła tak, jak żadna książka ostatnio. Ma Bunda niebywały dar pisania o zwierzętach: sceny ze zwierzętami, często przecież brutalne, jak świniobicie, ukazane są tu z jednej strony z niesamowitym humorem, delikatnością, ale z drugiej strony też bez sentymentów: śmierć świni jest przejmująca, opis trzymania umierającego zwierzęcia za ryjek rozdziera serce, ale też w dziwny sposób uspokaja i umiemy nawet uwierzyć w to, że biednemu stworzeniu lżej się umierało. Historia bujającej się w koszu kury – iście bajkowa. Dzieje stadka pawi – zabawne i szalone, rozpacz samicy z powodu śmierci jej partnera: tak ludzka jak nawet nieczęsto zdarza się samym ludziom. Każde zwierzę byłoby szczęśliwe, gdyby Bunda o nim napisała. W każdym razie gdybym ja był zwierzęciem, czy to domowym, czy hodowlanym, marzyłbym o tym, aby Martyna Bunda opisała mój los, nawet jeśli miałby on być tragiczny.

Krzysztof Varga o "Nieczułości"

„Nieczułość" | Martyna Bunda | Wydawnictwo Literackie 2017