PAP: O czym opowiada „Dolina Bogów”?

Lech Majewski: Valley of The Gods, to baśń dla dorosłych. Jest polsko-amerykańskim filmem opartym na starym podaniu, micie Indian Nawaho. Opowiada też o najbogatszym człowieku na świecie.

Podobnie jak „Obywatel Kane” Orsona Wellesa?

Nawiązujemy do „Obywatela Kane”.

Co pana skłoniło, aby sięgnąć po taki temat?

Istnienie tajemniczego mitu o rosnącej skale w hetyckiej Anatolii. Wytropiłem ślady tego mitu także w mitologii Indian Nawaho. Widzę tam niezwykłą łączność na poziomie archetypu. Znaczenie tego mitu odnalazłem również we współczesności. Mamy w filmie z jednej strony archaiczną mitologię Indian, a z drugiej współczesną mitologię bogactwa.

Na czym polega to zderzenie?

Najbogatszy człowiek na świecie buduje sobie renesansową Europę, w ogóle Europę w kapsule, jak w Las Vegas. Po co jechać do Wenecji, Monte Carlo, czy Paryża skoro można przejść z ulicy na ulicę i zaraz jest się w tych miejscach.

A drugi portretowany świat?

Jest to realistyczny świat Indian. Mitologia, o której wspomniałem wciąż ich obowiązuje. Nie wymarła w tych ludziach, którzy cały czas praktykują swoje wierzenia i mitologię. Byłem świadkiem jak to wygląda, a wymaga to niesamowitej siły i wytrwałości. Kiedy przychodzi tzw. medicine man, czyli szaman, musi najpierw obejść dużą górę, co zajmuje nieraz kilka dni. Nocuje na otwartej przestrzeni. Musi wbić patyki po czterech stronach góry, żeby nie uciekła.

I co, nie ucieka?

Jak wbije te patyki, to góra nie ucieka. Potem szaman wraca i zabiera te patyki. Surrealiści, Salvador Dali i Luis Bunuel mogą się przy tym schować. Jestem zafascynowany pięknem i poezją tej mitologii. Ilustruje kontrast Ameryki pierwotnej z obecną, równie surrealistyczną kulturą mitu Ameryki. Z kulturą mass mediów i wspólnie śnionych iluzji filmowych. Streszcza ją m.in. fraza „sky is the limit” przekonująca, że każdy może się niebotycznie wzbogacić. Bogaci ludzie są wszędzie, ale nie okazują swego bogactwa aż tak ostentacyjnie jak w USA. Interesowało mnie co pieniądze mogą kupić, gdzie jest granica ich możliwości. Mój film stanowi jakby traktat o różnicach między dwoma mitologiami i tak, jak poprzednie filmy jest bardzo wizualny.

Kto odtwarza główne role?

W rolach głównych występują Amerykanie Josh Hartnett i John Malkovich, dziewczyna Bonda z filmu „Skyfall”, Francuzka Berenice Marlohe. Jest też legendarny Keir Dullea, który grał kapitana statku kosmicznego w „2001: Odysei kosmicznej” Stanleya Kubricka. Śmieszne i wspaniałe jest to, że Dullea wygląda teraz dokładnie tak, jak we wnętrzu podświetlonym a la Ludwik XVII na Jowiszu, po fazie postarzenia w filmie pochodzącym z 1968 roku. Gra u mnie też brytyjski aktor John Rhys-Davies znany z „Władcy Pierścieni” i filmów Spielberga. I mnóstwo innych ciekawych nazwisk.

Jak pan zdołał skompletować tak doborową obsadę?

Myślę, że doceniają moje dokonania artystyczne, pomimo ograniczeń finansowych... Zupełnie nieznanych mojemu bohaterowi.

Czy grają tam indiańscy aktorzy?

Oczywiście - na castingu pojawili się wszyscy, znani z wielu filmów. Mało tego, wielki wódz Nawaho Nation nakazał swoim poddanym żeby zagrali. Stwierdził, iż jest to dla nich bardzo dobry film, a on nigdy nie widział amerykańskiej produkcji, która pokazywałaby świat z ich perspektywy. Zazwyczaj Indianie przedstawiani są z punktu widzenia białego człowieka. Indianie albo okrążają przeciwników, wydają dziwne dźwięki i strzelają z łuku, albo są torturowani i niesprawiedliwie traktowani. Zawsze jednak obowiązuje perspektywa i logika przyczynowo-skutkowa człowieka okcydentalnego. Ja przyjąłem inny sposób opowiadania, logikę, która znajduje się w ich religii i mitologii.

Kto wyprodukował film?

Wyprodukowałem ten film z udziałem sporej liczby koproducentów. Jest pośród nich Amerykanin polskiego pochodzenia Filip Rymsza, który wprowadza teraz na rynek najnowszy film Orsona Wellesa.

Orsona Wellesa?!

Nie przejęzyczyłem się. „The Other Side of the Wind”, to ostatni film, który Welles usiłował skończyć przez ostatnie kilkanaście lat swego życia, ale nie miał wystarczających środków. Rozdał jego fragmenty współpracownikom, którzy tak zaciekle ze sobą walczyli, że film nie ujrzał do tej pory światła dziennego. Filipowi udało się wydobyć film z bankowego depozytu. Będzie miał premierę na festiwalu w Cannes. Jeszcze inny koproducent „Doliny Bogów” to Jan Harlan, który wyprodukował cztery ostatnie filmy Kubricka, a także wielki producent hollywoodzki Peter Safran. Było z tym wszystkim sporo zmagań i zabawy, ale udało mi się osiągnąć to, co zamierzałem.

Gdzie kręciliście zdjęcia do „Doliny Bogów”?

Kręciliśmy w wielu krajach. Główne sceny - sceneria bogactwa, zamczyska najbogatszego człowieka, którego gra Malkovich - powstały w naszych polskich zamkach i pałacach. Skrajną nędzę Indian Nawaho kręciliśmy w Utah i w Arizonie. Kompletny paradoks. Były jeszcze zdjęcia w Rzymie i Neapolu.

Jak „Dolina Bogów” wpisuje się w pańską twórczość filmową?

Podobnie jak każdy mój film - nie mieści się w tradycyjnych kategoriach. Jest to ból głowy dla wielu ludzi, dla których filmy muszą mieć swoje fiszki, wpasować się do jakichś szufladek. I którzy z niepokojem szuka się do moich filmów odpowiedniej etykiety.

Jest pan reżyserem, scenarzystą, autorem muzyki, zdjęć. Czy coś pominąłem?

Mnóstwo: np. montaż, scenografię, często kostiumy – to w filmie. W życiu jestem przede wszystkim pisarzem i artystą wizualnym. Niebawem, dzięki wydawnictwu „REBIS” oraz Narodowemu Centrum Kultury wyjdzie całość mojego pisarskiego dorobku - sześć tomów powieści, tom zebranych poezji, trzy tomy scenariuszy, cztery esejów i jeden tom miniatur.

 Jak udaje się panu łączyć te wszystkie artystyczne działania?

Nawijam nitkę na igłę i to wszystko zszywam. A mówiąc serio, jest to współczesne pytanie. W istocie jedne rzeczy wypływają naturalnie z drugich. Kiedyś renesansowego artysty nie pytano dlaczego rysuje, rzeźbi, potrafi jeszcze wybudować bazylikę, tworzy... To myśmy tak spsieli, że musimy specjalizować się tylko w jednej dziedzinie. Jestem zapatrzony w starych mistrzów. Uczą mnie pokory. Dokonali wielu rzeczy, a w dodatku często umierali młodo - nie do wyobrażenia dla współczesnego człowieka. Choćby Bizet, którego operę „Carmen” inscenizowałem. Wycieńczył się, bo pisał wszystkie głosy partytury, 600 stron. Nie spał, nie dojadał i jeszcze dostał fatalne recenzje. Położył się do łóżka i już nie wstał. Żył niespełna 37 lat. Dopiero później okazało się, że jest to najbardziej pożądane dzieło, nie licząc Verdiego, czy Pucciniego. Jeszcze młodziej umarł Schubert. W tamtych czasach nie było jednak takiej jak teraz dystrakcji. Wszystko służy teraz ekonomizacji czasu, a tak naprawdę czas ulega skurczeniu - mamy go coraz mniej.

Dlaczego pan robi filmy?

W moim przypadku wynika to z naturalnego połączenia moich źródeł - poezji i malarstwa. Filmy, które robię są tego syntezą. Ponieważ piszę również muzykę, uważam, że - inaczej niż chciał Wagner - to nie opera, ale film jest sztuką sztuk.

Operą się pan także zajmował?…

Tak, nawet dzięki niej miałem retrospektywę w nowojorskim Museum of Modern Art, a następnie na całym świecie. Zawdzięczam to sfilmowanej operze autobiograficznej p.t. „Pokój saren”, do której napisałem muzykę wspólnie z Józefem Skrzekiem. Pierwszą fascynacją głównego kuratora MoMy, Larry Kardisha był właśnie ten film-opera. Zakochał się w nim i tak go głęboko przeżył, że zaprosił mnie w 2006 r. do współpracy nad wystawą podsumowującą mój dotychczasowy dorobek. I tak stałem się najmłodszym artystą, który miał w MoMie retrospektywę. Uważam zresztą za niezwykłe, że robię swoje, autorskie kino, a ma ono odbiór na całym świecie. Wykładałem niedawno w międzynarodowej szkole, Escuela Internacional de Cine y TV, na Kubie. Studiują tam ludzie z całego świata. Ze zdumieniem odkryłem, że znają na pamięć moje filmy.

W Nowym Jorku rozmawiał Andrzej Dobrowolski