O książce Kacpra Pobłockiego mówiło się od pewnego czasu. Autor ma renomę badacza patrzącego na kapitalizm ze szczególnej perspektywy. Formalnie to antropolog, ale życie naukowe ułożyło mu się tak, że w pewnym momencie trafił do Nowego Jorku pod skrzydła słynnego geografa Davida Harveya. O Harveyu uważny czytelnik tej kolumny mógł już pewnie słyszeć, bo jego książki zostały całkiem niedawno przetłumaczone na polski. Dość powiedzieć, że to ten ze współczesnych autorów, którzy wywarli największy wpływ na ideologię ruchów miejskich. Twierdząc, że to właśnie tam rozgrywa się dziś najważniejsza batalia o przyszłość świata. Po powrocie do Polski Pobłocki też się więc siłą rzeczy w ruchy miejskie zaangażował. Był współautorem bardzo udanego „Antybezradnika. Prawa do miasta w działaniu” (napisał go wspólnie z Lechem Merglerem i Maciejem Wudarskim), który był rodzajem podręcznika dla działaczy miejskich w przededniu poprzednich wyborów samorządowych. Pobłocki w politykę nie poszedł. Wrócił do pisania.

Jego „Kapitalizm...” można porównać do wielkiego tortu. Jest imponujący i wygląda smakowicie. Nie doradzam jednak nikomu próby pożarcia go w całości. Tym tortem trzeba się delektować kawałek po kawałku, odkrywając przy okazji wiele nieoczywistych smaków. Odsapnąć, a potem nałożyć sobie jeszcze trochę. Pójść na spacer i znowu trochę. Inaczej czytanie Pobłockiego straci sens i magię. Może nawet zacząć irytować.

Specyfika tej książki jest bowiem taka, że jest w niej zawarte naprawdę bardzo wiele. Mamy tu opowieść o reorientacji zglobalizowanego świata i kurczeniu się Zachodu. Co powoduje, że nasza polska peryferyjność staje się peryferyjnością zapośredniczoną (zyskujące coraz większe znaczenie globalne Południe poznajemy głównie via Zachód). Na to nakłada się rewolucja urbanizacyjna (dziś już 50 proc. ludzi na ziemi mieszka w miastach). Potem Pobłocki zabiera nas w podróż po drogach i bezdrożach kapitalizmu. Pisze o finansjalizacji, o długu i neoliberalnym ekonomicznym okultyzmie. Jeszcze później cofamy się do wieku X i ze zgrozą odkrywamy (ponoć wśród historyków to od dawna wiadomo), że założyciel państwa Polan Mieszko I zbudował je na handlu niewolnikami. Taki był sens jego „jednoczenia” ziem polskich. Łapał niewolników i sprzedawał ich do krajów Orientu. W zamian dostając srebro. Na koniec trafiamy z powrotem w wiek XXI z jego nierównościami i zjawiskiem nowego feudalizmu.

magazyn 18.08.2017

magazyn 18.08.2017

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Ta rozpiętość niejednego czytelnika pewnie przerazi. Stąd rada, by Pobłockiego konsumować spokojnie i bez pośpiechu. Będzie z korzyścią dla wszystkich. Czytelnik będzie mógł spokojnie iść nieliniową i pełną zakrętasów ścieżką, którą mu autor wyznaczył. A książka nie trafi wówczas na półkę do przeczytania na święty nigdy albo „na spokojnie, jak będzie trochę więcej czasu”.

Na koniec jest jeszcze jeden element wart poruszenia. Cena. Wysoka. 94,99 złotych to suma, która czasem pojawia się na książkach prawniczych (z nadzieją, że kancelarie stać) albo na niektórych z natury niszowych publikacjach ekonomicznych. Ta książka nie powinna być niszowa, dlatego te 94,99 to eksperyment ryzykowny. Trochę pomaga rozpisanie sumy na składowe: marża księgarń i hurtowni (38 zł), koszty druku i papieru (21,11 zł), koszty utrzymania książki w obiegu (5,83 zł) czy zysk na realizację celów statutowych wydawcy Fundacji Bęc Zmiana (8,06 zł). Jakby ktoś mnie pytał, to doradzam, że warto.