Rumunia w polskim dyskursie potocznym wciąż funkcjonuje jako chłopiec do bicia – durnowate portalowe tytuły w rodzaju „W takim czy owym rankingu Polska gorsza nawet od Rumunii” wzmagają klikalność, miejskie legendy o rumuńskim zacofaniu, transylwańskiej dziczy, głodujących dzieciach i bezkresnych postkomunistycznych blokowiskach, nie mówiąc już o myleniu Rumunów z Romami, nadal przemawiają do polskiej wyobraźni. Stereotypy stereotypami, niemniej sprawy mają się trochę inaczej. Polskie poczucie wyższości nie ma praktycznie żadnego uzasadnienia – Polska, patrząc na Rumunię, co najwyżej spogląda w lustro.

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Istotnie, Rumunia jest czymś w rodzaju Polski, tylko przesuniętej na południowy wschód: podobne rozmiary, podobna liczba ludności, podobnie fatalne położenie geopolityczne (Prusy, Cesarstwo Austriackie i Rosję podmieńmy na Cesarstwo Austriackie, Turcję i Rosję), podobna historia społeczna, podobny stan duchowego i cywilizacyjnego zawieszenia między Wschodem a Zachodem, wspólnota losów za żelazną kurtyną. Różnice także istnieją, owszem: Rumuni są tak jak Polacy głęeboko religijni, ale dziedziczą tradycję nie po Rzymie, ale po Bizancjum. No i faszyzujący autorytaryzm w latach 30. zeszłego wieku poszedł u nich dalej: stali się sojusznikiem hitlerowskich Niemiec, unurzali też ręce po łokcie w żydowskiej krwi (co tylko wskazuje, jak niestosowne są fantazje polskich prawicowych publicystów w rodzaju Piotra Zychowicza o niezrealizowanym „pakcie Ribbentrop-Beck”). Ich komunizm też miał inny charakter: polski reżim po śmierci Stalina zamienił się w rozlazłą etatystyczną dyktaturę, Rumuni dostali od losu 40 lat krwawej nacjonalistyczno-azjatyckiej satrapii.

Oderwać się od stereotypów pomagają podróże – amerykański dziennikarz i politolog Robert D. Kaplan na Bałkany jeździ od ponad czterech dekad, zafascynowany złożoną dynamiką politycznego i kulturowego rozwoju tego obszaru. Kaplan nauczył się traktować Bałkany, ze szczególnym wskazaniem na Rumunię, jako soczewkę, która w detalicznym powiększeniu ukazuje wyzwania i zagrożenia stojące przed całym kontynentem. Najnowsza książka Kaplana, „W cieniu Europy”, łączy zawodowe refleksje z osobistą perspektywą – to właśnie rzecz o podróżach po Rumunii, w latach 80. okrutnie stłamszonej przez kurduplowate Słońce Karpat, w latach 90. z trudem podnoszącej się z szokującej nędzy i chaosu, w pierwszych latach XXI w. próbującej liberalnych reform i wkraczającej do Unii Europejskiej, w drugiej dekadzie naszego stulecia obawiającej się o dorobek przemian w obliczu przebudzenia się starych rosyjskich demonów. Czy nie brzmi to nieco znajomo?

Kaplan – specjalista od geopolityki – szuka dla Europy Wschodniej rozwiązań, które pomogłyby jej przetrwać Putinowskie próby destabilizacji regionu, i zwraca się między innymi ku idei Międzymorza, widząc w niej przede wszystkim trwały pakt między Polską a Rumunią. Naturalnie jest to akt uroczego idealizmu i wyraz sympatii autora wobec obu krajów – Polskę Kaplan nieodmiennie portretuje zresztą jako regionalnego lidera i pokazowe poletko sukcesu demokratycznych przemian. Nic dziwnego – książka została napisana w 2014 r. Od tego czasu sporo się zmieniło: to Rumunia przeżywa obecnie rozkwit społeczeństwa obywatelskiego, podczas gdy Polska obsuwa się w nieudaczny, groteskowy autorytaryzm, jakby na zamówienie Moskwy. A przyszłość ma kształt wielkiego znaku zapytania.

W cieniu Europy. Dwie zimne wojny i trzydziestoletnia podróż przez Rumunię, a nawet dalej | Robert D. Kaplan | przeł. Robert Pucek | Czarne 2017