Lidia Raś: Gdy dziennikarze pytają, czy czujesz się bardziej Polką, czy Włoszką…

Monika Mariotti: Nie złoszczę się. Już nie. Kiedyś bardzo chciałam być tylko Polką, albo tylko Włoszką. Aż dotarło do mnie, że to niemożliwe. W Polsce jestem polską aktorką włoskiego pochodzenia. We Włoszech jestem Włoszką polskiego pochodzenia. Dla znajomych w Polsce jestem po prostu Polką, choć naturalnie wiedzą, że mam włoskie korzenie, bo mój tato jest Włochem. Tylko że ja tego rozdwojenia długo nie akceptowałam. Aż wreszcie zrozumiałam, że niektórzy dostają więcej z którejś kultury, a ja naprawdę jestem „pół na pół”.

Co cię właściwie irytowało w tym pytaniu?

Najprostsza rzecz, której doświadcza każdy „inny”, cudzoziemiec, imigrant: potrzeba akceptacji. Ja miałam szczęście, bo gdy przyjechałam do Polski zostałam przyjęta bardzo dobrze, a i tak drażniło mnie, że nie zawsze w codziennych sytuacjach wychwytywałam konteksty, jakieś detale. Ktoś opowiadał żart np. o czasach socjalizmu, i od razu dodawał, że pewno go nie zrozumiem, bo nie było mnie wtedy w Polsce. A ja miałam ochotę powiedzieć, że rozumiem, że wiem jak to było, że przecież też stałam w kolejce po mięso, choć jedynie dwa miesiące w roku, gdy na wakacje przyjeżdżałam do dziadków. To rozdwojenie mi doskwierało, ale już wiem, że ta moja włoska część to mój atut! Każdy jakiś ma: ten jest mój.

Chciałaś odciąć się od Włoch? To wręcz niezrozumiałe, zwłaszcza dla Polaków, którzy Italię idealizują.

Kocham Włochy, nie chcę się odciąć od nich, ale miejsce, to dla mnie przede wszystkim ludzie. Z nimi mam do czynienia, z nimi rozmawiam, żartuję, umawiam się na rozmowę o pracę czy na wakacje. Skoro byłam w Polsce , to nie chciałam być egzotyką. Kiedy podróżuję, nie doświadczam tego. Samej też zajęło mi nieco czasu, zanim zaczęłam patrzeć na kogoś po prostu jak na człowieka, a nie na Azjatę, Araba czy Francuza. A że Polacy kochają Włochy – zauważyłam. Bardzo mnie to cieszy.

Czy akceptacja tego kim jesteś zbiegła się z momentem, gdy wreszcie poczułaś, że jesteś aktorką?

Nie sądzę. To że jestem aktorką powiedziałam sobie niedawno.

Opowiedz o Teatro India.

To największy eksperymentalny teatr w Rzymie. Grałam tam dwa spektakle, które reżyserowała Lucia Calamaro, bardzo znana we Włoszech dramaturg i reżyserka. Tam się kształtowałam. I tak na dobre zaczęła się moja przygoda z teatrem. Trwało to pięć lat.

Przed Rzymem też grałaś?

O tak, w takich miejscach, że strach! W opuszczonych szkołach, fabrykach, w niebezpiecznych dzielnicach. Pamiętaj, że ja nie mam za sobą żadnej klasycznej ścieżki aktorskiej. Skończyłam filologię rosyjską, a jako nastolatka w ogóle nie myślałam o teatrze i do niego nie chodziłam! Zaczęłam, gdy miałam 24 lata, bo koleżanka namówiła mnie na warsztaty teatralne.

To jak przy tym braku zainteresowania teatrem tak w niego weszłaś?

Nawet się nie zorientowałam, jak po wspomnianych warsztatach teatr mnie wciągnął. Lucia ugruntowała we mnie tę pasję i już poszło. Ale chwilę trwało, zanim poczułam, że mogę powiedzieć o sobie, że jestem aktorką. Chwilę też trwało, zanim zrozumiałam, że nie jestem Polką, nie jestem Włoszką, nie jestem aktorką i nie jestem podróżniczką. A jednocześnie jestem każdą z nich. Bronię się jak mogę przed definicjami, bo najważniejszy jest człowiek. Zawsze robiłam wiele różnych rzeczy; przez to, że sama się nie definiuję, to i ludzie mogą się w tym gubić. Kiedyś w autobusie na lotnisko pewna kobieta zapytała, czy jestem dziennikarką czy aktorką. Bo widziała mnie w serialu i w programie podróżniczym jako reporterkę. A ja gram koncerty, śpiewam, uczyłam języków obcych przez 17 lat. To nie jest takie istotne. Każda z tych rzeczy z osobna składa się na całą mnie.

Doświadczenie teatru z Włoch pomogło ci wystartować w tym zawodzie w Polsce?

Znałam scenę, wiedziałam jak się na niej poruszać, ale gdyby Lucia zobaczyła – skądinąd bardzo dobry - „Kompleks Portnoya” w Teatrze WARsawy, w którym debiutowałam w Polsce, to by się zdziwiła. To zupełnie inny styl.

Teraz grasz w trzech spektaklach. Jeden Teatru WARsawy, dwa Teatru Syrena. Każdy w innym stylu.

Bo cały czas szukam i sprawdzam się, idę w coś nowego. Mam świadomość tego, że się zmieniam i staram się podążać za sobą. Fakt, że jestem artystką, że dałam sobie prawo tak o sobie mówić daje mi też przywilej poszukiwania i dawania sobie czasu w tych poszukiwaniach. Nauczyłam się, że mój proces twórczy wymaga czasu. Już wiem, że jeśli jakiś pomysł mnie ekscytuje, a potem szybko rodzą się wątpliwości, to trzeba go odłożyć. Jeśli zaczyna do mnie wracać jak boomerang, jeśli dojdę do wniosku, że jest jednak wart zainteresowania i mnie nadal fascynuje, sięgam po niego.

W Teatrze Syrena zadebiutowałaś „Moją Niną”, której współautorem jest Adam Sajnuk.

„Moją Ninę” zrobiłam, bo ciemnoskóra piosenkarka, Nina Simone jest uosobieniem tego, co najbardziej szanuję w ludziach, którzy zabierają głos: obrona słabszych. Uwielbiam jej muzykę, ale jeszcze bardziej uwielbiam ją jako człowieka. Ta utalentowana piosenkarka całe życie zmagała się z dramatem kobiety „znikąd”. Amerykanka czy Afrykanka? Nie można jej było zdefiniować, więc była obca. Też się z tym zmagałam wiele lat jako pół-Polka, pół-Włoszka. Simone stała się nie tylko doskonałą artystką, ale też aktywistką, walczącą z rasizmem. I to przez sztukę! Nie mam zamiaru robić teatru politycznego, ale mogę przecież powiedzieć co myślę w inny sposób. Jak mówił mąż Niny Simone: zostaw broń, przecież ty nie potrafisz zabijać. Śpiewaj. Ja jeszcze nie znalazłam swojej drogi, ale szukam, bo mam jakieś poczucie marnowania czasu jeśli chodzi o działalność społeczną.

Przepracowałaś potrzebę akceptacji i chcesz wykorzystać swoje doświadczenia?

Tak. Wiem jak to jest, dlatego tak jestem wrażliwa na punkcie braku akceptacji i zrozumienia dla wszystkich „innych” w Polsce. Uprzedzenia, wręcz rasizm, który się ujawnił ostatnio, bardzo mnie bolą. Nie zmienię świata i nie o to mi chodzi, ale skoro jestem osobą publiczną, to może się do czegoś przydam. Wiesz, że w Rzymie uczyłam uchodźców włoskiego? Może powinnam to samo robić teraz w Polsce, na przykład Ukraińców, Włochów, Afrykanów, których jest tu coraz więcej. Patriotyzm, rozumiany przez część ludzi w Polsce jako nacjonalizm i obrona jedynie polskiego narodu, w tych czasach jest absolutnie passe. No chyba, że zatrzyma się rozwój świata, zamknie granice tak, żeby nawet Włoch nie mógł ich przekroczyć.

Kiedy podczas mistrzostw w piłce nożnej grają przeciwko sobie Polska i na przykład Francja, to oczywiście kibicuję Polsce. I to całą sobą; lubię oglądać mecze w barze, bo to są emocje . Ale kiedy grają Polska i Włochy? Co mam robić? Komu mam kibicować? Czy patriotyzm może mieć dwa kraje? Nie wiem, oglądam grę, technikę, talent, a nie kolor skóry; nie analizuję przeszłości historycznej całego narodu, bo ci piłkarze tam po prostu wykonują swoją pracę. Niech wygra najlepszy, jak w starożytnym świecie kiedy w Colosseum wygrywał najlepszy, niekoniecznie Rzymianin.

Aktorzy Nowego Teatru angażują się w obronie praw obywatelskich …

I bardzo dobrze! Chwała im za to. Wiedzą co mówią, mają autorytet wynikający z ich osiągnięć artystycznych i mogą powiedzieć ludziom: „Obudźmy się.” Mówią do Polaków, bo dobrze ich znają, a ja mogę się do nich dołączyć i może dodać do tej walki spojrzenie z zewnątrz. To jest też obowiązek artysty, nawet jeśli w teatrze zagra lekką komedię czy adaptację Czechowa. Każda sztuka chce coś komuś powiedzieć. My artyści jesteśmy nachalnymi obserwatorami, takimi podglądaczami, naśladowcami i tłumaczami z języka faktów na język emocji. Trudno jest nam cicho siedzieć, dlatego gramy. Mamy dzięki temu możliwość uzupełnić ludziom braki wiedzy, dostarczyć emocji, refleksji. Grając „Moją Ninę” dałam do myślenia czym jest rasizm. Choćby trzem osobom, a może więcej niż trzem, bo po spektaklu wiele osób do mnie pisało, szukało tej muzyki, odkrywało Ninę. Czułam wtedy, że wykonałam moje artystyczne zadanie.

A skąd wziął się pomysł na znacznie lżejszy spektakl czyli „Spaghetti Poloneze” ?

„Spaghetti … ” urodziło się, gdy zrozumiałam, że moja podwójność jest skarbem, a nie przeszkodą. Nie miałam najlepszej sytuacji finansowej, szukałam pomysłu na spektakl i nagle przyszło olśnienie: kto ma śpiewać włoskie piosenki w teatrze, jeśli nie ja. „Moja Nina” była mi potrzebna, by poczuć się śpiewającą aktorką, by zdobyć doświadczenie, pierwsze koty za płoty. Podstawą dla wokalistki jest dobry zespół, a ja miałam szczęście współpracować wcześniej z muzykiem i kompozytorem Michałem Lamżą. Mieliśmy już "Moją Ninę" i inne projekty za sobą. To wszystko wyszło spontanicznie i mieliśmy czas, żeby się bawić z aranżacją i dopracować szczegóły, co słychać na koncercie. „Spaghetti…” nie zrobiłabym po przyjeździe z Włoch, bo wtedy chciałam wyeliminować wszystko co włoskie, a teraz ten spektakl jest bardzo „ze mnie”, prawdziwy i spontaniczny aż do bólu.

Zaskakujesz w nim widzów, którzy przychodzą posłuchać znanych włoskich piosenek, tymczasem ty wciągasz ich także w wątki zdecydowanie bardziej dramatyczne.

Wiesz, ja jestem często aktorką komediową, więc nieustannie jestem podatna na stany depresyjne. Aktorzy komediowi są zwykle pesymistyczni, cyniczni, nieśmiali. Ja mam wszystkie te cechy, nie potrafię więc zrobić tylko spektaklu komediowego, choć faktycznie, dobrze się czuję w takim repertuarze.

Masz niesamowitą vis comica. Wykorzystujesz ją nie tylko w teatrze, ale i w rolach serialowych. Ta aktywność dała ci popularność?

Tak. Zdecydowanie, mimo że grałam do tej pory zaledwie w trzech: „Przepis na życie”, „Nie rób scen” i „Druga szansa”. Lubię tę pracę, ale gdybyś wiedziała jak trafiłam do serialu!

Monika Mariotti, kadr z

Monika Mariotti, kadr z

źródło: Materiały Prasowe

Opowiedz.

Grałam już od jakiegoś czasu w teatrze, gdy zadzwonili do mnie z „Przepisu na życie”. Jadłam wtedy kaszę jaglaną. Dobrze pamiętam! (Śmiech) Bardzo miły człowiek zaproponował mi rolę w tym serialu i żeby mnie dodatkowo zachęcić powiedział, że będę grać z Borysem Szycem. Fantastycznie. Tylko, że ja wtedy nie miałam pojęcia kto to jest Szyc, więc powiedziałam tylko: może być. Wyobrażasz sobie? (śmiech). Nie znałam tego serialu, nie pracowałam wcześniej przed kamerą, nie znałam stawek. No i tak jadłam tę kaszę jaglaną i wiedziałam tylko tyle, że nie należy odmawiać, chociaż się martwiłam bo to kompletnie nowe doświadczenie. (śmiech)

Dokończysz zdanie? Słyszałam, że …

Słyszałam, że … to dopiero początek. Rozkręcam się. Mam sporo pomysłów i wszystkie zrealizuję, tylko potrzebuję czasu.

Skąd wiesz? W Polsce się nie mówi z taką pewnością o planach.

Bo ludzie mówią: nie wiem czy dam radę zrobić coś co będzie doskonałe, największe, zdobędzie nagrody… A ja wiem tylko tyle, że z pewnością potrafię coś zrobić. Nie wiem natomiast jaki będzie los takiego projektu. Nie wiem, i nigdy się na to się nie nastawiam. Jestem świadoma, że moje krótkie reportaże z cyklu „Słyszałam, że…” mogą obejrzeć miliony widzów, a może tylko rodzina. W obu przypadkach będę zadowolona, bo najważniejsze będzie sam fakt zrealizowania projektu. Jeśli naprawdę jesteś artystą i do tego upartym, to pomysł musi się udać. Obserwuję moich ulubionych: Seana Penn’ego, Jima Carrey’a, Heleny Bonham Carter, Meryl Strrep, Annę Magnani, Robina Williamsa. To aktorzy pierwszej ligi, którzy zaufali sobie jako artyście. Nie mogę zależeć od tego co ludzie myślą o mnie, bo się potknę. Więc ufam swojej intuicji artystycznej.

Wróćmy do programu „Słyszałam, że…” . Aktorstwo to za mało? Chcesz zostać reporterką? Podróżniczką?

Ależ skąd! Nie jestem reporterką i nie wiem czy będę. Ten program, który kręcimy z Arturem Kotem, jest tylko pozornie wyłącznie podróżniczym. Tak naprawdę jest o tym, że trzeba rozmawiać, nie bać się kontaktu, nie patrzeć na innych ludzi jak na zjawisko i nie jechać do innych krajów tylko po to, by zrobić parę zdjęć dla znajomych.

Tobie jest łatwiej, znasz kilka języków.

Cztery znam bardzo dobrze, a w sumie sześć. Mam taką łatwość przyswajania języków; to mój talent przed aktorstwem, przed śpiewaniem. Do tego dochodzi moja ciekawość świata, wręcz bezczelność, śmiałość do ludzi, która pozwala mi ich poznawać. Sposób podróżowania jest ukształtowany przez doświadczenia z codzienności. Staram się więc pokazać, że można inaczej. Moimi przewodnikami po odwiedzanych miejscach są mieszkańcy. Zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy wejdą do domu mieszkanki Cypru lepić pierogi, jak ja w jednym z odcinków, ale chcę pokazać jak wiele można zobaczyć przez kontakt z drugim człowiekiem. Zabrzmi patetycznie, ale powiem to: tylko dialog może nas uratować przed każdym rodzajem konfliktu.