Mama i tatko ochajtali się za młodu. On miał osiemnaście lat, ona szesnaście, ja trzy”. Pierwsze zdanie książki intryguje jak należy. Tyle że już ono zawiera konfabulacje, które potem tylko się nawarstwiają. Rodzice Eleanory Fagan, jak naprawdę nazywała się gwiazda, nigdy nie wzięli ślubu. Nigdy nawet nie mieszkali pod jednym dachem. Matka powiła Billie w wieku lat dziewiętnastu, nie trzynastu. I nie w Baltimore, lecz w Filadelfii.

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Przeinaczonych dat i sfabrykowanych wydarzeń jest tu dużo więcej. Między innymi dlatego biografia spisana przez dziennikarza „New York Post” Williama Dufty’ego i opublikowana w 1956 roku z miejsca wzbudziła tak dużą sensację, mimo że zarówno sama wokalistka, jak i muzyka jazzowa lata największej popularności miały już wówczas za sobą. Nie jest tajemnicą, że Billie chciała tą książką o sobie przypomnieć. Potrzebowała także pieniędzy i liczyła na odzyskanie licencji na granie w klubach z alkoholem, którą straciła dekadę wcześniej na mocy wyroku za posiadanie narkotyków. Ostatecznie jednak ani nie udało się artystce wrócić na salony, ani nawet nacieszyć sukcesem „Lady Day śpiewa bluesa”. Zmarła trzy lata po publikacji, w wieku zaledwie czterdziestu czterech lat. Wciąż była uzależniona od heroiny, mimo że pod koniec książki wyznaje, że udało jej się rzucić „ćpanie i telewizję”, więc o nic więcej nie musi się martwić.

Zbudować własny mit

Nie da się zatem ukryć, że „Lady Day...” była pisana pod publiczkę, a większość przekłamań wzięła się z chęci ubarwienia rzeczywistości. Nie ma to jednak nic wspólnego z tabloidową taniochą. Kluczowe zdają się w tym kontekście przytoczone w przedmowie słowa profesorki literatury z Uniwersytetu Columbia, Farah Jasmine Griffin, że książka „nie powinna być oceniana ze względu na swoją wiarygodność, należy ją raczej traktować jako kolejne sceniczne wcielenie Billie”. Nieprzypadkowo tytuły rozdziałów wzięto od utworów wokalistki, a żywy, barwny, nieunikający kolokwializmów język nierzadko sprawia wrażenie improwizacji. Dufty skądinąd wyznawał w wywiadach, że umyślnie nie weryfikował żadnych faktów, jego celem pozostawało wyłącznie zarejestrowanie przekazu swojej bohaterki. I choć nigdy się nie dowiemy, ile w tym zasługi kronikarza, ile samej artystki, a na ile to siła sugestii, książkę rzeczywiście cechuje obnażenie emocjonalne właściwe piosenkom Holiday.

Gil Scott-Heron - Lady Day And John Coltrane (Official Audio)

„Jak wszyscy, którzy zasiedli do opisania historii swego życia, czy to św. Augustyn, czy Rousseau, Montaigne czy Malcolm X, Billie buduje własny mit, nie zależy jej na złudzeniu prawdy obiektywnej, poszukuje głębszych, bardziej metaforycznych prawd, takich, które mogą inspirować i dodawać sił”, pisze we wstępie wybitny biograf muzyczny David Ritz, autor klasycznych już książek o życiu Arethy Franklin czy Marvina Gaye’a.

Mamy więc do czynienia z podobną sytuacją, jak w przypadku wyświetlanego niedawno na polskich ekranach filmu „Miles Davis i ja”, gdzie odtwórca głównej roli i zarazem reżyser Don Cheadle zaproponował bardziej impresję na temat życia słynnego jazzmana niż zwyczajowy zbiór twardych faktów. Cheadle przeplata fikcję z rzeczywistością, aby uchwycić fenomen postaci, przybliżyć jej aurę emocjonalną i specyficzny koloryt, i tak samo nad własnym mitem pracuje Holiday. W pewnym sensie jej książka stanowi przykład literatury, którą pisarka Joyce Carol Oates określiła niegdyś mianem „patografii”, czyli biografii, w której umieszcza się niemal każde prawdopodobne nieszczęście, jakie tylko może przytrafić się jednej osobie – po to, by bohater mógł pokonywać kolejne przeciwności losu w myśl zasady „co mnie nie zabije, to mnie wzmocni”, i tym samym rosnąć w oczach czytelnika.

Upadły anioł

Szkopuł w tym, że Billie nie wymyśliła sobie ciężkiego życia. Podkręciła niektóre wątki, ale zasadniczy trzon opowieści odzwierciedla prawdę o jej trudnych przejściach. Nie bez kozery książka miała pierwotnie nosić tytuł „Gorzkie żniwo”, jednak wydawca uznał go za zbyt przygnębiający.

Nastoletnia prostytucja, dyskryminacja rasowa, wykorzystywanie przez mężczyzn, alkoholizm, narkomania, pobyt w więzieniu – wszystko to było udziałem Billie Holiday i o wszystkim tym autorka opowiada z przejmującą bezceremonialnością, bez użalania się nad sobą. Zarazem można odnieść wrażenie, że momentami bierze na siebie zbyt dużą odpowiedzialność za własny los, kreuje się na heroicznego upadłego anioła, starając się jednocześnie chronić bliskich, w tym głównie matkę, którą nazywa tu Księżną. Zataja np. to, że kiedy przeniosły się z Baltimore do Nowego Jorku, obie – a nie tylko Billie – utrzymywały się z prostytucji.

Opowieść toczy się chronologicznie. Pierwsze rozdziały obrazują nędzne dzieciństwo przyszłej gwiazdy w Baltimore. Jej matka była pokojówką, ojciec – wiecznie nieobecnym muzykiem. Praprababka – niewolnicą, która urodziła szesnaścioro dzieci swojemu białemu panu, stąd też Billie w jednej ósmej była biała. Relatywnie jasny pigment nie pozostawał bez wpływu na jej późniejszą karierę sceniczną: „Ludzie z teatru powiedzieli Basiemu, że mam zbyt jasną skórę do tak czarnej orkiestry. Przy odpowiednim świetle publiczność mogłaby pomyśleć, że jestem biała. W związku z tym kazali mi się wysmarować specjalną czarną pastą”.

Upokarzająca i rzutująca na całe przyszłe życie była również inicjacja seksualna Holiday. Przykre zdarzenie przytacza z właściwą sobie dosadnością: „Nigdy nie zapomnę tej nocy. Gwałt to najgorsza rzecz, jaka może się przytrafić kobiecie. Nawet kurwa, która odstawia nie wiadomo ile numerków w ciągu nocy, nie chce być gwałcona. A ja miałam wtedy dziesięć lat”. Gwałciciel, absztyfikant matki Billie, trafił do więzienia, ale dziewczynkę uznano współwinną zajścia i umieszczono w poprawczaku. Niedługo po wyjściu, w wieku trzynastu lat, zaczęła się prostytuować. Pod wpływem traumy jej podejście do dysponowania własnym ciałem stało się ściśle pragmatyczne: wolała się beznamiętnie sprzedawać, niż wykonywać ciężkie, nieopłacalne prace domowe.

W dalszych rozdziałach autorka poświęca sporo miejsca kochankom obojga płci, choć nigdy nie definiuje się jako osoba biseksualna. Wspomnieniom związków z kobietami ani razu nie towarzyszy kontekst romantyczny, każda taka zażyłość usprawiedliwiona jest jakimś profitem, czy to materialnym, czy sytuacyjnym, np. w przypadku flirtu ze strażniczką więzienną. Dowiedziony przez badaczy romans z aktorką Tallulah Bankhead zostaje w ogóle pominięty, za to Billie chętnie dzieli się „bezpiecznymi” queerowymi anegdotami: „Towarzystwa dotrzymywał mi taki jeden kocur, który czasem pomagał mi się ubrać przed wyjściem na scenę. A czasem sam chodził w moich sukniach. Mówiłam do niego Miss Freddy i mieliśmy razem niezły ubaw. Był mniej więcej mojej budowy, więc krawcowe nie musiały zawracać mi gitary, mogły na nim mierzyć moje kreacje”. Odbija się w tym wszystkim zarówno znak czasów, jak i nie do końca umiejętnie maskowana prawda o własnej seksualności.

Jazz głosem ulicy

Niektórzy krytycy formułują zarzuty, że za dużo w tej książce prywaty, za dużo samej artystki, a za mało jej sztuki. Trudno się z tym zgodzić. Muzyka przebija tu z niemal każdej strony, począwszy od wczesnego wątku ojca gitarzysty, przez opisy pierwszych występów Holiday w zadymionych klubach nocnych, po etap hollywoodzkiej sławy. „Cały ten jazz” towarzyszy Billie i w burdelu, i w momencie nawiązania bliższej znajomości z Orsonem Wellesem („Polubiliśmy się, a do tego lubił jazz. Zaczęliśmy się spotykać”), i wtedy, gdy sprzedaje czytelnikowi ciekawostki rodem z kronik towarzyskich („Potrafiliśmy rozruszać tę budę. Betty Davis przetańczyła przy nas całą noc. W każdy wtorek i czwartek przychodziła Lana Turner. Ta dziewczyna to dopiero potrafiła się ruszać”). Fascynujące są przesiąknięte ironią fragmenty poświęcone warunkom pracy czarnych muzyków w Nowym Jorku lat trzydziestych i czterdziestych XX wieku: „Możesz nie mieć w zasięgu wzroku ani źdźbła trzciny cukrowej, owinąć się po same cycki w białe atłasy i wsunąć gardenię we włosy, a i tak wciąż tyrasz na plantacji”.

Niejeden akapit Billie przeznacza także na podkreślenie, jak ważnym utworem był dla niej „Strange Fruit”, protest song odnoszący się do linczów na Afroamerykanach, uznany swego czasu przez magazyn „Time” za piosenkę stulecia, a i obecnie rezonujący z ruchem Black Lives Matter. Jeśli wierzyć słowom wokalistki, każde wykonanie „Strange Fruit” musiała potem odchorować w garderobie bądź na zapleczu. Nic dziwnego, że ten ponadczasowy standard to jej wizytówka po dziś dzień, jej opus magnum, nienaruszalne mimo setek coverów autorstwa takich sław, jak m.in. Diana Ross (która zagrała Billie w przedramatyzowanej ekranizacji „Lady Day śpiewa bluesa”, chłodno przyjętej przez spadkobierców i fanów Holiday), Tori Amos, Dee Dee Bridgewater, Abbey Lincoln, Carmen McRae, Lou Rawls, Cassandra Wilson czy Sting.

Wpływ Billie Holiday na muzykę popularną pozostaje nie do przecenienia. Nie dysponowała głosem o wielkiej skali, ale sercem i pasją wkładanymi w śpiew nadrabiała to z nawiązką. Jako jedna z pierwszych pokazała, że choćby i popularny przebój można nie tylko odśpiewać, ale zupełnie po swojemu zinterpretować. Udowodniła, że wokal może być pełnoprawnym instrumentem, a nie tylko środkiem przekazywania treści. Twierdziła zresztą, że gdy śpiewa, to wcale nie czuje, jakby śpiewała, lecz jakby grała na trąbce. To głównie właśnie to osobliwe uwznioślenie autorskości inspirowało i wciąż inspiruje całe pokolenia muzyków, od Niny Simone przez Macy Gray po Franka Oceana.

W ubiegłym roku minęło sto lat od śmierci Billie, gdyby jednak jakimś cudem dożyła tak sędziwego wieku, zapewne miałaby nie lada satysfakcję, że dziś jazz, za sprawą takich artystów, jak Kendrick Lamar czy Flying Lotus, wychodzi z sal kongresowych i na powrót staje się głosem ulicy.

„Lady Day śpiewa bluesa” ukaże się 11 stycznia nakładem wydawnictwa Czarne w przekładzie Marcina Wróbla